piątek, 8 maja 2015

Rozdział 11 - fragment



Wisielec




                        Nie wiedziałem co robić. Oczywiście, że nie.  Miałem świadomość, że duchy posiadają silniejszą choć niewidzialną materię. To sprawia, że są bardzo niebezpieczne. Jeśli dam do zrozumienia, że się nie boję, może wtedy nóż nie spadnie. Ktoś go, do cholery trzyma. Stoi nade mną i zaraz go upuści!
                              - No dalej. Na co czekasz? – ostrze momentalnie się zniżyło.
                               - Spotkamy się w piekle i cię dopadnę. I nie obchodzi mnie czym lub kim jesteś. – uśmiechnąłem się prowokacyjnie.  Poczułem ucisk na szyi. Przełknąłem ślinę myśląc, że to strach mnie sparaliżował. Myliłem się. Mój towarzysz próbował mnie udusić. Nóż odleciał na bok a ja walczyłem z niedostępnym dla oczu przeciwnikiem.
Szamotałem się i próbowałem wydostać z ucisku. Nie umiałem złapać tchu, obraz pokrywała mgła i przez ostatni ułamek sekundy mojej świadomości ujrzałem starszą kobietę o pustych oczodołach.

                Wiedziałem, że coś nie gra. Czułem się dziwnie, jakby wyżej niż zazwyczaj. Uwięziony. Nie leżałem już w kuchni, to było pewne. Wspomnienia zaczęły wracać, mózg pracować a oczy otwierać. Nic dziwnego, że czułem się inaczej. Pod moimi stopami stało krzesło. Ruszyłem się chcąc zeskoczyć z wysokości. Pochyliłem się o kilka centymetrów do przodu i poczułem, że coś mnie ogranicza. Ból powstrzymał mnie przed ruchem.  Uniosłem ręce do wysokości mojej szyi. Pod palcami ocierał się sznur. Zawiązany był na pęk.
O Boże.
Czym prędzej próbowałem go rozwiązać tym mniej skuteczne to było. Dłonie mi się trzęsły a spływający pot z czoła również tego nie ułatwił. Skoro duch miał odwagę trzymać nóż nade mną, równie dobrze mógł teraz kopnąć krzesło i mnie zabić. Próbowałem rozluźnić pętle. Z całej siły ciągłem oba końce aż w końcu sznur puścił a ja zeskoczyłem z krzesła.
Jeszcze nigdy nie byłem w takiej sytuacji. W sytuacji bez wyjścia. Zrozumiałem, że muszę przeczytać powieść jak najszybciej. Musiałem uwolnić rodzinę Thierin. Musiałem spalić ten dom. Musiałem wiedzieć, że przynosi to mi niebezpieczeństwo.
Musiałem umrzeć.

                            ***

   

            Kolejnego dnia stwierdziłem, że muszę zacząć realizować swój plan. Zacząłem od rozmowy z tatą. Siedział na kanapie w salonie i przysłuchiwał się melodii płynącej z gramofonu  z tym swoim nieobecnym wzrokiem, który widziałem podczas poprzedniego dnia. Na jego twarzy pojawiło się kilka dodatkowych zmarszczek a usta wykrzywione były ku dołowi. Bałem się zacząć rozmowę pierwszy ale wiedziałem, że jeśli nie uda mi się go przekonać teraz to już nigdy. W ten przykry, smutny i deszczowy dzień niemal wszystko wydawało się płynne, namacalne, upierdliwe i monotonne. Miałem wrażenie, że powietrze wypełnione jest mgłą, gęstą materią spowijającą nas, pijącą nasze dusze. Może dlatego ojciec wyglądał jak ktoś pozbawiony oddechu i życia. Sam czułem się jak to w te niedziele, kiedy nie robisz nic a czas ci się dłuży i dłuży. Wtedy kiedy za oknem grzmi, deszcz stuka o szyby a ty chowasz się w zaciemnionym pokoju wsłuchując się w myśli krążące po pomieszczeniu.
Usiadłem koło niego, spojrzałem na błyskawice pojawiające się co jakiś czas za oknem i zacząłem:
  -  Jak czuje się mama?
- Jacobie, dobrze wiesz. Podsłuchałem was pewnej nocy. – powiedział nie odrywając wzroku od … w zasadzie nie potrafiłem powiedzieć jakiego punktu.
-    Wierzysz nam?
Grzmot burzy zatrząsnął drzwiami, oknami i stolikiem pośrodku pokoju.
-    Tyle razy zastanawiałem się jak można związać się z kimś kto cię wychowywał. Jak można tego kogoś pokochać , wziąć ślub i spłodzić dziecko. Poznałem Annę w momencie kiedy umiałem powiedzieć pierwsze słowo. Twoja matka opiekowała się mną przez całe życie. Nosiła na rękach, karmiła mlekiem, śpiewała kołysanki, uczyła mówić, chodzić, funkcjonować, edukowała mnie, rozmawiała ze mną. Sprawiła, że stałem się tą osobą, którą teraz jestem.
Zamarłem. Wiedziałem, że rodzice byli mocno ze sobą związani ale nigdy nie podejrzewałem, że w taki sposób…
- Nie raz pytałem gdzie jest moja mama. Anna uczyła mnie tego określenia tak jak innych. Każdy musi wiedzieć kim jest rodzina. Zdarzało się, że nie odpowiadała albo mówiła coś ledwie zrozumiałego. Kiedyś odpowiedziała: Twoja mama umarła Jacobie. Umarła w dzień twoich urodzin. Było mi przykro, oczywiście ale żyłem przy Annie i to ją traktowałem jako przyjaciela, opiekuna. Kiedy zacząłem dojrzewać i rozumieć na czym polega piękno kobiet patrzyłem na nią i wyobrażałem ją sobie obok mojego boku. Pewnego wieczoru przyszła do mnie i zrobiliśmy to. Dziewięć miesięcy później urodziłeś się ty, Jacobie. Byłem szczęśliwy z tego, że cię mam, że mam syna i piękną żonę. Ona ciebie nie akceptowała, tak jak całej ciąży. Nie wiedziałem jaki był wtedy powód ale dziś już wiem. Moja matka żyje i jest z nami w tym domu. To Anna mnie urodziła. A ty jesteś moim synem.
Nie. To nie może być prawda. Zakręciło mi się w głowie i zrobiło niedobrze. Zwymiotowałem na dywan w salonie i zacząłem się trząść. W sercu doznałem dziwnego kołatania. Ojciec siedział niewzruszony jakby nic się nie stało. Spojrzałem na niego z obrzydzeniem, potem na siebie. Jestem tworem kazirodczego grzechu, jestem bękartem, potworem.
 -  Skąd wiesz? – zdołałem wydusić po dziesięciu minutach.
-  Dała mi swój pamiętnik.
Pamiętnik? Matka prowadzi jakieś swoje zapisy? Chciałem je dostać w swoje ręce, przeczytać i najchętniej popełnić samobójstwo. Być zrodzonym z kobiety i mężczyzny, który jest jej synem? To chore i nienormalne. W tamtym momencie miałem ochotę spalić ten dom, rodzinę i siebie jak najszybciej. Tak aby spłonął wszelaki dowód naszej egzystencji. 

środa, 6 maja 2015

Ostatni fragment rozdziału 10

~~~
                                                               ***
       
                    Obudziłem się z silnym bólem głowy. Od momentu otworzenia oczu do zejścia na dół aby zjeść śniadanie, cały czas myślałem o rozmowie z mamą minionej nocy. Boję się śmierci. Boję się własnej matki. Boję się tego domu. Nie rozumiem czemu duch mojej babki dręczy naszą rodzinę. Dlaczego jesteśmy potępieni? Chce mi się płakać ale nie pozwolę sobie na to. Płacz jest dla słabych, dla tych, którzy nie potrafią poradzić sobie z czymś trudnym. Wierzę, że jest jakiś inny sposób. Może egzorcyzmy? Gdyby tylko tata uwierzył w nasze słowa wszystko stałoby się realniejsze. Mielibyśmy szansę. W obecnym stanie czyli: niepełnoletni chłopak, obłąkana matka i surowy ojciec - nie widzę szansy na przeżycie. Spłoniemy. Nasze kości i ciało będą tlić się, dymić i płonąć aż nie zostanie z nas nic. Żadnej pamiątki, żadnego śladu, że kiedyś istnieliśmy. Znikniemy jak zdrajcy. Zginiemy za karę, za coś czego nie zrobiliśmy.
Wstałem z łóżka i ubrałem się w czyste ciuchy. Poszedłem do łazienki, obmyłem twarz zimną wodą i spojrzałem w lustro.
- Nic się nie stało. Wszystko pod kontrolą. – powiedziałem sam do siebie, wyszedłem z pomieszczenia i truchtem pobiegłem do kuchni.
Przy stole siedział już ojciec, popijał herbatę i patrzył na talerz z kanapką. Wydawał się zamyślony, przygnębiony i … niewyspany.  Uśmiechnięty usiadłem obok niego i zacząłem rozmowę:
- Dzień dobry. Jak spałeś? – przeczuwałem, że coś się kręci.
Nawet nie mrugnął.
- Jesteś tutaj? – zapytałem.
- Wiedziałeś? – mruknął.
- Słucham? – udałem, że nie usłyszałem pytania.
- Wiedziałeś? – powtórzył.
- Nie rozumiem o czym miałem wiedzieć. – szepnąłem. Może podejrzewałem, że chodziło mu o rozmowę w nocy.
Pokręcił głową i wstał od stołu.
Chciałem go zatrzymać, zapytać co się stało, przy okazji namówić aby spróbował zrozumieć mamę ale zabrakło mi odwagi. Bałem się przyszłości. Wiedziałem, że jest ona nieunikniona i, że nie mamy wpływu na nasz los. Mimo tego chciałem go zmienić. Postarać się mieć na niego jakikolwiek wpływ. Ale to tak jak z wodą. Chciałbyś umieć po niej chodzić, dotknąć jej szklanej, tak cienkiej warstwy. W rzeczywistości twój ciężar łamie ją i przepuszcza cię na dno. Nawet nie zdążysz się zorientować a już toniesz.
Zjadłem śniadanie i pobiegłem do swojego pokoju. Próbowałem obmyślić plan wydania swojej książki. Chciałbym napisać ją  jak najszybciej. Chciałem wypełnić prośbę mamy. Nie wiedziałem dlaczego tak jej zależało aby ukazała się ona możliwa do kupienia. I chyba nie chciałem poznać odpowiedzi. Jeśli mnie o to prosiła, musiała mieć jakiś powód.   
Książkę chcę zakończyć w momencie ostatecznego dnia. Tego, w którym mama zadecyduje, tego, który będzie naszym ostatnim. Z samego rana pobiegnę do pobliskiego kiermaszu i zostawię powieść z prośbą aby jak najszybciej ukazała się do kupienia. Kobieta prowadząca kiermasz zna naszą rodzinę i pewnie nie będzie robiła problemu z wydaniem mojego rękopisu na sprzedaż. Co musiałem zrobić:
- dowiedzieć się w jakim celu mam ją wydać,
- zapytać ojca o czym miałem wiedzieć,
- przekonać go aby uwierzył mamie,
- przestać się bać.


                                        ***


            Nagle, z niewiadomych przyczyn wstałem od książki i z dziwnym odpychaniem, trudem zacząłem iść do kuchni. Iść, to nie odpowiednio użyte słowo - czołgać przy ścianie. Próbowałem trzymać się jakiegokolwiek przedmiotu pod ręką ale wszystko mi się wymykało. Niewidzialna siła brutalnie prowadziła mnie do pomieszczenia, w którym kiedyś zobaczyłem owego gościa. Do pomieszczenia, gdzie Jacob Scheppelin sprowokowany przez matkę Anny próbował popełnić samobójstwo. Siła tajemniczej energii zwiększyła się powodując totalną bezwładność z mojej strony. Gdy leżałem już przy kuchennym blacie, moje nogi opadły i przez chwilę pomyślałem, że to koniec. Że mogę wstać, wrócić na miejsce, udawać, że nic się nie stało bo przecież szorowanie podłogi plecami i bycie ciągniętym przez coś lub kogoś kogo lub co nie widać to nie taka dziwna rzecz. Ludziom się to zdarza. Zakochują się. Miłość ciągnie ich do drugiej osoby.
Nie. To zły przykład.
Gdy miałem już zacząć się podnosić a moje ciało wykonało niezauważalny ruch, coś ruszyło po powierzchni blatu. Serce podskoczyło mi do gardła, krew przestała płynąć a płuca pracować. Nóż… O Boże nie.


Ostrze noża wisiało w powietrzu skierowane w dół, w stronę mojego serca. 








Przepraszam wszystkich za dość sporą przerwę. Mam nadzieję, że nadal to czytacie i choć trochę Wam się to podoba :) Dla tych, którzy lubią czytać moje wypociny mam wiadomość, że rozpoczęłam pracę nad nową powieścią. Nie będę jej tu publikować... Poczekam aż Oliver się z Wami pożegna. :)

Pozdrawiam i życzę długiej nocy.
M.K.

poniedziałek, 2 marca 2015

Dalszy fragment rozdziału 10.



Jej duch zniknął zaraz po odpowiedzi. Rozpłynęła się w powietrzu jak mgła pozostawiając za sobą dziwną poświatę rozciągającą się w powietrzu. Jeszcze po paru minutach można było ją dostrzec. Teraz kompletnie nic nie wskazywało na jej obecność.
  Nie miałem pojęcia ile czasu jeszcze wytrzymam tu żywy. Zdawałem sobie sprawę, że muszę doczytać książkę do końca a później wykonać zadanie, które obiecałem zrobić Annie. Nawet nie macie pojęcia jak ogromnego miałem farta… Paradoksalnie, tak, ja już nie żyję ( wspominałem o tym) ale czy poprawnie zinterpretowaliście moją śmierć? Przecież nadal tu jestem, opowiadam tą historię. A jednak, umarłem.
Wyszedłem z sypialni rodziców Jacoba i podszedłem do kolejnych drzwi. Otworzyłem je lekko i wtargnąłem do środka. Ujrzałem łóżko, na którego poręczach zaplotła się niezła pajęczyna, biurko zaśmiecone kartkami i długopisem oraz szafę, taką którą boją otwierać się dzieci w nocy, wierząc, że w środku kryje się przerażająca istota. W powietrzu unosiła się nieprzyjemna woń przypominająca zapach stęchlizny, starości i zaduchu. ,,Zaduch” – naprawdę śmieszne w tej sytuacji określenie. Zainteresował mnie plik papierów na biurku Jacoba. Przyjrzałem im się i zobaczyłem, że to strony z książki, którą czytam. Napisane były starannie, przekazujące dokładnie tą samą treść co mój egzemplarz. Niewątpliwie książkę napisał Jacob, nie Carlos tak jak to mi oznajmił. Być może, ten miał coś wspólnego z jej powstaniem lub wydaniem ale autorem niewątpliwie był najmłodszy lokator tego domu.  Opuściłem pokój Jacoba mając na celu udać się jeszcze do jednego pomieszczenia. Tego najbardziej przerażającego i ciemnego, gdzie pewnie mieszkał duch Anny. Nie mam pojęcia dlaczego ale zapukałem do drzwi a te jakby odpowiedziały mi uchyleniem. Zrobiły to zupełnie same a może inaczej… Zrobił to ktoś kto był w środku.
Wyglądał dokładnie tak jak sobie to wyobrażałem. Mała klitka, może dwa metry na metr. W środku nie znajdowało się absolutnie nic oprócz  ciężkiej, uciążliwej masy powietrza i … dziwnej substancji, której nie można było dostrzec zmysłowo.
Panowała kompletna cisza.  W tle słyszałem muzykę. Melodię całkiem przyjemną, utwór Chopina, nie wiem. Nigdy nie byłem dobry w muzyce. Zdziwiło mnie to odrobinę, gdyż takiego numeru jeszcze moi towarzysze nie wyczynili. Roześmiałem się na głos i wesoło wróciłem na parter. Zacząłem nucić melodię owego utworu z jednoczesnym rozpoczęciem tańca. Przyjąłem postawę partnera mając przed sobą wyimaginowaną partnerkę. Nogi moje tańczyły walca, przemieszczały się po całym korytarzu. Muzyka stawała się coraz to głośniejsza a moje kroki odważniejsze. Zamknąłem oczy, dźwięk stał się donośniejszy, wirowałem, uszy pękały, zatraciłem się w melodii i we własnym ruchu. Wszystko się kręciło, w tle brzmiała niewiarygodnie wrzeszcząca harmonia, która nagle, zupełnie nieoczekiwanie przemieniła się w krzyk kobiety. Straciłem równowagę i upadłem na podłogę. Zabolała mnie głowa i kolano, które pewnie obiłem. Rozejrzałem się dookoła i zauważyłem, że muzyka już nie gra. Wszystko wróciło do normy a ja obojętnie przeniosłem się do salonu. Jak gdyby nigdy nic, usiadłem, rozłożyłem książkę i zacząłem czytać.

niedziela, 1 marca 2015

Dalsza część rozdziału 10



U mojego boku leżał skrawek papieru, bardzo poniszczony, cały zapisany. Mieściły się na nim słowa nabazgrane piórem, niektóre słowa były rozmazane…


Niemożliwe…     Chcę umrzeć…   To błąd…   Żyć w tej niepewności to jak wstąpić do bram piekła…        Boję się śmierci…       Czuję obrzydzenie…                Boże, ochroń mnie przed mym strasznym losem…           Jak Adam i Ewa.


Kompletnie zaciekawiony i wpatrzony w kartkę nie poczułem, że ktoś trzyma dłoń na moim ramieniu. Ktoś blady, chudy o kobiecych paznokciach. O dziwo odwróciłem się przodem do gościa. Ujrzałem twarz pięknej kobiety o ciemnych włosach i również takich oczach. Ubrana była w białą pelerynę sięgającą jej do kostek. Patrzyła na mnie wnikliwie chcąc coś powiedzieć. Nie czułem, że żyję. Tak bardzo mnie to przerażało jak i inspirowało. Widziałem ducha, naprawdę go widziałem. Nie wyglądała jak potwór czy jak niewyraźna postać. Gdyby nie okoliczności pomyślałbym, że znajduję się w towarzystwie obdarzonej urodą kobiety.
- Oliverze. Cieszę się, że tu jesteś. Nie osądzaj mnie proszę… Nie skazuj na potępienie.
Pokręciłem głową.
- Jesteś Anna? Anna Thierin? – zapytałem uśmiechając się delikatnie do towarzyszki. Ta w odpowiedzi skinęła głową.
- Zgadza się. Przyszłam do Ciebie by prosić Cię o przysługę.  – oznajmiła mi nadal trzymając swą dłoń na moim barku. – Duch mojej matki nadal tu jest… Nie daje nam spokoju. Tobie i mojej rodzinie. Nikt z nas się stąd nie uwolnił. Nikt nie spalił tego domu.
- Więc jak zginęliście? Czemu nie żyjecie? Co się z wami stało? – żal było mi patrzeć na Annę i jej smutne oczy.  Wydawały się przepaścią, otchłanią lamentu i bólu. Jak głęboka ona jest i ile cierpień mieści?  Wydawało mi się, że dużo, że nie można ich policzyć. Jej spojrzenie zabierało wszelką radość.
- Dowiesz się. Mój syn wszystko opisał. Masz odpowiedź w książce.
- O co chcesz mnie prosić?
- Najpierw Cię zapytam.
Nastała chwila ciszy.
- Wiesz, że nie ma dla Ciebie już ratunku? – zapytała wreszcie jednocześnie kierując swój wzrok na ścianę z krwawym napisem.
Zmroziły mnie jej słowa. Nastąpił przełom w moich odczuciach i w mojej świadomości. Poczułem, że wariuję…  Że tracę resztki normalności i trzeźwości umysłu. Byłem uwięziony w przeklętym domu razem z duszami wcześniejszych gospodarzy. Gdyby ktoś powiedziałby mi to zdanie parę miesięcy temu uznałbym go za wariata, idiotę, chorą psychicznie osobę, potrzebującą natychmiastowej pomocy, zamknięcia w wariatkowie. Kiedyś byłem innym człowiekiem. Nie wierzyłem w paranormalność, po śmierci żony i córki nie umiałem kochać. Straciłem to co było we mnie wrażliwe i kulturalne. Teraz a może… wtedy obojętne było mi moje słownictwo, mój styl życia czy opinia u innych. Żyłem bo świat nadal istniał. Mój koniec jeszcze nie nadszedł. Cierpliwie na niego czekałem a gdyby się zjawił poddałbym mu się bez oporów. Dlatego nie bałem się mieszkać w tym domu. Dlatego odpowiedziałem Annie: tak. Wiedziałem czego chce. Wolności.

wtorek, 10 lutego 2015

Co to jest przeznaczenie?



Na samym początku, chcę zaznaczyć, że jestem osobą wierzącą. Wszelkie odchyły jakie mogą zaistnieć w poniższym tekście wynikają tylko i wyłącznie z potrzeby zastanowienia się nad innymi możliwościami.

                                    ~ ~ ~

Losami człowieka podobno kieruje wyższa siła. Jakaś mocna, wielka ręka, która nie waha się niszczyć mu nagle życia. Czasem pogrozi palcem, czasem pogłaszcze a niekiedy przygniecie do ziemi. To normalne, że ludzie nie mogą nad tym zapanować. Są za słabi i za mali by poznać sekrety życia.                          Wierząc mitologii greckiej był to Chaos. Ciemna, gęsta masa, z której wyłoniła się pierwsza para bogów oraz  minotaury i cyborgi. Brzmi dość fantastycznie, trzeba przyznać. Jak z niczego może powstać coś? To tak samo jak z wiarą w jedynego Boga. Podobno On zawsze był, jest i będzie na wieki. Jak jednak mógłby istnieć od początku skoro początku jako takiego nie było? Może on także wyłonił się z Chaosu… Teoria ta jednak podważałaby chrześcijańską naukę. Co ze starożytnymi kultami? Egipt, Grecja, Rzym… Trzy największe cywilizacje politeistyczne. Wierzyli w wielu bogów, modlili się do każdego z osobna. W jaki sposób zaistniała u nich myśl, że gdzieś tam może istnieć rzekomy zbiór bóstw kierujący ich losami? Kto podsunął im tym pomysł a jeśli nikt to skąd podejrzewają ich istnienie? Nikt nigdy nie odpowiedział na powyższe pytania. Ja prawdopodobnie na nie również nie odpowiem, bo jestem tylko człowiekiem. Małą, ludzką, rozumną istotką, która nie dość, że nie zna wszystkich tajemnic Ziemi, Nieba czy Kosmosu to jeszcze czasem nie wie kim jest. Bo istnieją różne teorie, prawda? Podobno naszymi rodzicami byli Adam i Ewa – dzieci Boga. A co z małpami, wszystkimi sapiens? Obie te drogi są zupełnie odmienne. Jedna z nich mówi, że nasze życie uzależnione jest od Boga i jego decyzji a nam towarzyszy Przeznaczenie, ta druga zaś narzuca nam tok  myślenia, iż pochodzimy od małp i to od nas zależy jak potoczy się nasze dalsze życie.
Bzdura.
My nie decydujemy o śmierci naszych bliskich. Nie mówimy: ,,Niech on zginie” a po sekundzie leży on martwy. Żadna matka nie chce by umarło jej jedyne dziecko. Nie uwierzę, że życie zależne jest od naszych wyborów. ,,Świat nie jest instytucją zajmującą się spełnianiem życzeń” – słowa Johna Greena – i nie raz patrząc nam w oczy wbija w plecy nóż zmuszając do płaczu.
Głęboko wierzę w Przeznaczenie. A raczej przeznaczenia. Wiecie co to jest? Każdy z nas ma przypisaną do siebie własną historię. To tak jakby Bóg stworzył o was książkę a w epilogu opisał waszą śmierć. Powieść ta, w zależności od chęci Stwórcy może być jedno lub wielowątkowa, może zawierać trzy postacie albo gromadzić rozbudowany świat przedstawiony. My, główni bohaterzy, żyjemy według tego dzieła. Robimy dokładnie to co zostało zaplanowane a Bóg czyta to co stworzył i słucha naszych myśli. Bo jedyne czego nie mógł opisać to nasze dusze. Nie będę odbiegać od tematu, tą częścią zajmę się następnym razem. Tak więc, owa książka, o której mówimy nosi tytuł Przeznaczenie. Czasem zastanawiam się też, czy Bóg nie stworzył osobnej księgi, w której opisał cały świat. Może to tak go stworzył? Może wcale to co znajduje się wokoło nas nie istnieje naprawdę? Popatrzcie… Czy jakikolwiek człowiek zdołał zwiedzić Kosmos? Czy aby na pewno jesteśmy pewni, że na innych planetach nie mieszkają ludzie? Może prawdą jest, że On zapomniał o tym napisać i zostawił pustą kartkę. Człowiek jej nie zapisze bo nie wie jak. Co się stanie jeśli nasza opowieść się zakończy? Stwórca zamknie książkę i odłoży. Bierze plik kartek i zapisuje kolejną sprowadzając na Ziemię nowe dziecko.
Może to jest właśnie odpowiedź na pytanie, dlaczego na świecie czai się zło? Bóg powiedział ludziom, że daje im wolną wolę. Nie skłamał, ponieważ faktycznie człowiek może czuć i myśleć co chce. Nie należy jednak zapominać, że jest wszechwiedzący i wszechmocny a więc ma nad nami pieczę i uniesioną rękę. Bóg pisząc Przeznaczenie dobrze wiedział, że nie zawsze człowiek będzie tym kim Bóg by chciał by był. Nie raz zbluźni Stwórcę lub oskarży o niesprawiedliwość. Przyczyną zła są ludzie. Przyczyną ludzi jest Bóg. Przyczyna Boga jest nieznana.
Tym jest przeznaczenie. To opowieść, w której kryje się mnoga ilość wspaniałych czy nie wspaniałych ludzi. To, że ich spotykamy, tu na dole, jest sprawą niewyjaśnioną dla człowieczego mózgu. Nie można wytłumaczyć czemu lubimy, kochamy, nienawidzimy daną osobę. Tak po prostu jest a my się z tym żyjemy. Godzimy się czy nie, to nasz los.
Na koniec stawiam pytanie, na które każdy z nas powinien umieć odpowiedzieć. Nie jest trudne, jedynie sprawdzające nasz charakter.
Czy mając w ręku księgę Przeznaczenia, odczytałbyś epilog?

Asertywność - prawda czy wyzwanie?



Wiele razy spotykamy się z osobami, które lubią być w centrum zainteresowania i umieją wpływać na ludzi. Ich odbiorcy to zazwyczaj ulegli ludzie lub wszystkie jednostki wzbudzające zainteresowanie, zazdrość czy jakiekolwiek inne uczucie. Otóż, ludzie nie dzielą się na tylko na dobrych i złych, istnieją też podkategorie. Spróbujmy je znaleźć.
Po pierwsze, nie istnieje ideał. Wszelkie kanony antycznego piękna nie mogły być idealne. Nic na świecie takie nie jest: żaden obraz, żadna rzeźba czy budynek, ponieważ zostało to stworzone przez człowieka. Pomyślmy więc, czy za czasów antyku ludzie byli bardziej wykształceni niż teraz i czy byliby w stanie stworzyć coś niewyobrażalnie idealnego jeśli my teraz nie jesteśmy? Technika z czasem pnie się w górę, czas pędzi nieubłaganie, kultura się zmienia. Nie uwierzę w to, że kiedyś byliśmy inni, że nasi przodkowie używali większej ilości inteligencji, czy, że mieli nadnaturalne moce. Jest szansa, że nie byliśmy na Ziemi sami ale nie ma mowy byśmy samoistnie byli lepsi. Jeśli więc, powracając do tematu, nie istnieje ideał to można wnioskować, iż nie ma podziału na dobro i zło. A jeśli jest, to bardzo ogólnikowe i nie powinno się go brać pod uwagę. Aby określić czy coś należy do pierwszej lub drugiej kategorii należy wziąć pod uwagę różne aspekty. Czy człowiek, który zabił drugiego człowieka ale go kochał i zrobił to dla jego dobra może być uznawany za złego? Skoro coś do niego czuł i ulżył mu to czy naprawdę powinien być skazany? Oczywiście, złamał przykazanie boże i pozbawił życia bliźniego, co jak najbardziej zasługuje na potępienie ale czy fakt, iż zrobił to dla dobra nie zmienia punktu widzenia na tą sprawę? Czy starsza osoba, która chodzi codziennie do kościoła i zasiada w pierwszej ławce jest wierzącą w Boga? Na razie wydaje się wszystko godne poszanowania ale co jeśli dopowiem, iż zabiła swojego męża? Czy to nie paradoks? Wiara to przede wszystkim szczerość ducha, nie rozumu! Tak więc, wiemy już, że nie można dzielić człowieka na dobrego i złego ale można już na uległego i asertywnego. To jeden z przykładów, który dzisiaj rozwinę. Asertywność to pozytywna cecha występująca u mniejszości ludzi. Niestety wielu z nas nie potrafi  jej tolerować,  ponieważ, wymaga ona przełknięcia ciężkiej prawdy czy pogodzenia sie z odmową.  Uległość to nieumiejętność zaprzeczenia, rozmowy, brak posiadania własnego zdania i strach przed jego ukazaniem. Ludzie posiadający tą cechę często żyją według innych, słuchają większości, są prości bez własnego systemu wartości. Są niesamodzielni, zgubni, są większością. Wiecie, według mnie jednostka asertywna jest słynną ,,niezgodną”. Nie pasuje do reszty społeczeństwa, ponieważ jest inna. Cechuje ją odwaga, inteligencja, szczerość, prawdziwość. Nie przystaje na namowy innych, umie odmawiać i nie boi się patrzeć w czyjeś oczy. Jak odbierana jest asertywność? Czy jest to wyzwanie czy raczej prawda, która jest akceptowana? Tak jak nie można zdefiniować tylko dobra i tylko zła, tak nie można odpowiedzieć na to pytanie. Bywają różni ludzie i różne charaktery. Nikt nie jest idealny ale nikt nie jest taki sam. Niektórzy mogą ją uszanować i dać sobie spokój, inni obrażą się i będą próbowali zemścić. Otóż, różnie to bywa. Sama znam osoby,  które po usłyszeniu odmowy nadal nalegają, są bardzo przekonujące, przynajmniej starają się takimi być. Z czasem ma się ich dosyć. Jednakże istnieją też ludzie, którzy są na tyle mądrzy by zrozumieć sytuację drugiego człowieka i dać mu spokój.
Z czego bierze się złość wynikająca z odmowy?
Myślę, że tylko i wyłącznie z charakteru danej osoby.