wtorek, 10 stycznia 2017

Krótki fragment rozdziału 1

Mówi się, że czas jest dla człowieka, istoty wolnej, świadomej, nieograniczony. Ponoć nic nie stoi nam na przeszkodzie by czegoś dokonać, czegoś doświadczyć – dostaliśmy, tu na ziemi, szansę, mnóstwo okazji, które powinny napędzać nasze życie. I tak jak zawsze, nauka, praca, zbieranie doświadczeń – wszystko to zapełniało swobodę ludzką, tak nigdy nikt nie odpowiedział na najważniejsze pytania. Jak więc można tu mówić o owej nieskończoności, nieograniczoności czasu? Ciągle jest go za mało… Ciągle go brakuje i co najgorsze – nie dostajemy go wtedy, kiedy okazuje się być najbardziej potrzebny.
Obudzona w nocy przez dzwoniący telefon, leżała pogrążona właśnie w takich myślach.  Informacja o śmierci kogoś bliskiego nigdy nie jest przyjemna, jednakże teraz, kiedy się jej spodziewała, niemal zakładała się sama ze sobą kiedy nastąpi, bolała jeszcze bardziej. Nie każdy dostaje szansę by pożegnać się z umierającym. Była jedną ze szczęśliwców, którzy są poinformowani o szacowanej dacie śmierci. Nie wykorzystała tego. Ma wymagającą pracę – to fakt. Wraca do domu prawie o północy i wychodzi o świcie, po to by zapomnieć o problemach i nie przeżywać takich nocy jak ta. Człowiek głęboko nieszczęśliwy wcale nie pogłębia swojej depresji. On od niej ucieka, nieważne jakie pozory mógłby stawiać. Jest tego doskonałym przykładem. Kochała ją, kochała swoją babcię, która przez fragmentaryczne okresy swojego życia zapewniała jej bezwarunkową przyjaźń i miłość. Wieść o jej nieuleczalnej chorobie, całkowicie ją pogrążyła. Unikała spotkań i wizyt w szpitalu, tłumacząc się, że praca ją nagli, tym samym obiecując, iż zjawi się jak najszybciej będzie mogła. Dziś – w tą piekielnie ponurą i cichą noc – nie umiała wyspowiadać się sama przed sobą. Poczuła, że to od czego uciekała, dopadło ją. Chwyciło za szyję i przyduszało do poduszki. Czuła się ciężka, tak jakby na jej sercu spoczęły łzy babci, zadająca sobie pytanie: dlaczego jej wnuczka ją opuściła?

Zmarła podczas snu. Podobno jej serce po prostu przestało bić ( jeśli można nazwać to zjawisko czymś ,,po prostu”). Poinformował ją o tym jej ojciec, pytając czy przyjdzie na pogrzeb. Tym razem się nie zastanawiała, odpowiedziała twierdząco. To takie smutne, że najwięcej uczymy się o sobie, dopiero wtedy, kiedy komuś z naszego otoczenia się coś stanie. Pozytyw jako samokształcenie kłóci się zatem z cierpieniem, przez które ktoś musi przebrnąć. Coś za coś. Życie za życie. 

piątek, 6 stycznia 2017

Prolog

      Hej! Nie mogę sobie przypomnieć kiedy ostatnio wrzucałam tu nowy post... Cóż, tak się składa, że ostatnio odzywa się we mnie dawna Mroczna Kraina. Zaczęłam pisać książkę. W sumie pracuję nad nią już dobre pół roku, lecz dopiero teraz, niedawno udało mi się ułożyć prolog. To będzie coś zupełnie nowego. Jeszcze nigdy nie brałam się za coś podobnego... Liczę, że ktoś pamiętający ,,Ciemne Światło" , ,, Drogę do śmierci" czy ,,Oddaj mi swoją duszę" zechce mnie dalej obserwować. Nie ma niczego lepszego od świadomości, że to co robię jest śledzone. Że to co piszę, piszę dla kogoś, kto może wyciągnąć z tego jakąś naukę. Wpłynąć na wasze myślenie... ale, to nie pora na takie gdybania. Zapraszam do czytania i witam po długiej przerwie! :)


Otworzył oczy. Odrzucił od siebie pościel i nerwowo wstał z łóżka. Zdjął podkoszulkę i z impetem rzucił nią w kąt pokoju. Starał się złapać głębszy oddech, ale płuca zdawały się nie uspokajać. Ukradkiem spojrzał na ekran telefonu. Była 3:20.
To nie pierwszy raz, kiedy budził się w środku nocy, cały oblany potem. Dostawał ataku paniki ale za nic nie potrafił przypomnieć sobie co mu się śniło. Kiedy wysilał swój mózg, jego głowę od razu przeszywał pulsujący ból głowy. Chodził prawie w miejscu, trzymając się mocno za skronie. Miał wrażenie jakby miały rozsadzić go od środka. Palcami więc próbował wpychać je do wewnątrz. Nie czuł jednak niepokoju. Ów sen nie mógł zatem należeć do nocnego koszmaru – powodował u niego jedynie złość, agresję, z którą nie potrafił sobie poradzić. W ciągu dnia, zdarzało mu się odpływać. Tracił wtedy świadomość – ludzie mówili do niego, a on nie słyszał, sam przerywał czynności, które wykonywał i budził się dopiero po kilku minutach. Tylko i wyłącznie w takich sytuacjach jego serce biło szybciej, a w żołądku czuł nieznanej przyczyny skurcz. To był jedyny moment, w którym się bał.
Nie czekał aż ten stan minie. Równie wytrącony z równowagi wyszedł ze swojego pokoju, który nie pomieściłby zbyt wielu osób, a sama jego aranżacja przypominała ciemną, ciasną i duszną klitkę. Nie kontrolując swoich czynów, otworzył drzwi od łazienki, odkręcił wodę pod prysznicem i wrzucił do niego swoje ciało. Krzyknął, kiedy jego brzuch zetknął się z mroźnym strumieniem. Nie przerywał jednak tego jakże, oczyszczającego rytuału. Skierował słuchawkę na twarz i ramiona, a woda sięgała go coraz to niżej, aż do stóp. Oparłszy czoło o ścianę, poddany lodowatej kąpieli, zaczął się śmiać. Wybuchnął niepohamowanie, nieco zwierzęco, waląc w stałym rytmie pięścią o kafelki. W jego głowie toczyła się zacięta walka. Pulsujący ból nieco zelżał, ustępując miejsca wątpliwościom. Czy jest bezpieczny? Pytanie to nurtowało go przez kolejne minuty. Miał wrażenie, jakby już słyszał jak pukają do jego drzwi. Otwiera je, widzi grupę ludzi wśród, których stoi ona. Patrzy na niego, widząc nie tego samego mężczyznę. Zaczynają płakać. Ona z niedowierzania, on z niepamięci. Nie wie co się dzieje. Dostrzega jak wchodzą do jego mieszkania (a może nie jego?), obezwładniają go, mówią, że już więcej tego nie zrobi (czyżby?), każą wstać. Opuszczając pomieszczenie mija się z nią wzrokiem. I właśnie teraz, nie jest pewien. Czy owa sytuacja jest tylko w jego wyobraźni, czy może…już miała miejsce?

Zatrzymuje strumień zimnej wody, zdejmuje mokre bokserki, wyciera się dokładnie ręcznikiem, ubiera czyste ubranie i wychodzi z domu. Orzeźwia go podmuch letniego powietrza. Na ulicy panuje całkowity spokój, totalne przeciwieństwo tego co kryje się w jego umyśle. Nie widzi żadnego człowieka, przez drogę nie przejeżdża ani jedno auto. Świat jakby się zatrzymał, mimo zapalonych latarni, żyjącej natury i bawiącego się zakątka parę dzielnic dalej, a on? On po prostu idzie. Musi coś sprawdzić, coś dokończyć. 

sobota, 10 października 2015

Ostatni fragment i epilog

Na następny dzień przybył oczekiwany lekarz. Diagnoza?  ,, Pańska żona jest całkowicie zdrowa, nie wykryłem żadnych objawów choroby psychicznej czy zaburzeń umysłowych. Nie ma się o co martwić". 

                       
                                                  1875 r.


           Po tych wszystkich latach życia w małym ale przerażającym, ciężkim świecie, świecie grzechu, który był mi przeznaczony, nadeszła chwila na pożegnanie. I choć zawsze wydaje nam się, że ten ostatni raz jest najbardziej bolesny i najgorszy, nie mówimy prawdy. Pożegnania są trudne – nigdy nie wie się, czy tak naprawdę są one pożegnaniami, czy po nich nadejdzie kolejne spotkanie – nie zaprzeczę, że zawsze rozdzierają człowieka od środka. Ale czy nie przynoszą one ulgi? Czy nie dają nam szansy na poznanie czegoś nowego a może i lepszego? Czy nie otwierają przed nami kolejnych dróg? Dlaczego cierpimy podczas pożegnań? Jest to kwestia przyzwyczajenia czy może strachu przed końcem? A jeśli i strachem, i jeśli przed końcem, to dlaczego właśnie on się pojawia? Czy koniec nie jest początkiem? Czy początek nie jest końcem?
                 Siedząc na plaży i obserwując zachód słońca wspominałam wszystkie dobre chwile, które pojawiły się podczas mojego życia. Starałam przypomnieć sobie moją twarz, widziałam oblicza moich synów, pierwszego ukochanego. Zdałam sobie sprawę, że to myśli i wspomnienia są najtrwalszymi pamiątkami. To w nich odnajdziemy subiektywną prawdę,  ukojenie i co najważniejsze… to one sprawiają, że wszystko co nas spotkało wraca do nas w każdej chwili, w której o nich pomyślimy. Czy właśnie nie takie rzeczy powinny nas chronić od lęków? W momencie gdy się czegoś boimy, przecież wystarczy pomyśleć o czymś co nas uspokaja.
        Też tego nie stosuję. Ale tak powinno być. Niestety nasz wszechświat nie jest taki jaki być powinien.

               Johann wyprowadził się z domu dwadzieścia lat temu… Jacob …. Jacob zaginął. Podobno mieszka w Stanach Zjednoczonych, ma żonę i dzieci. Podobno ułożył sobie życie na nowo i jest szczęśliwy. Inne plotki mówią, że nie żyje – nagle zachorował na raka. Ja wierzę w co innego. I sprawczynią jest moja matka. Została ze mną, lecz już mnie nie nawiedza. Nie mam problemów z opętaniem. Od trzydziestu lat czuję się pusta, opuszczona… nie, ja nic nie czuję. Tak jakby ktoś wyssał z was ostatnie pierwiastki życia. Gdy na coś patrzę – tak jakbym tak naprawdę niczego nie widziała. Gdy czegoś słucham – tak jakbym była ogłuszona. Gdy coś dotykam – tak jakby niczego tam nie było. Nie umiem czuć. Nie posiadam serca. Nie posiadam duszy.
Dzisiaj chcę pożegnać się z moim wszechświatem. Chociaż wiem, że moja matka nadal tu będzie, bo część jej istoty siedzi w duszy moich synów, to chcę umrzeć. Nic już nie zmieni przeszłości ani przyszłości. Jedynym wyjściem jest usunięcie się z planu. Po prostu… wystarczy sekunda. Sekunda na ucieczkę, całe lata na męczarnie.
Pomyślałam sobie, że dobrym miejscem na śmierć będzie ocean. Zabierze mnie w ostatnią podróż, ukoi ciepłą od słońca wodą, obmyje z grzechu. Ubrana w swoją białą koszulę nocną weszłam po usta do wody i odwróciłam się przodem do domu. Piękna, wbrew pozorom nawet rodzinna posiadłość emanowała ciemną i odstraszającą energią. Czułam ulgę. Byłam szczęśliwa, że nie muszę już żyć i nosić w sobie zło. Wierzyłam, że Bóg mi przebaczy – oczyści moją duszę i pozwoli  osiąść w spokoju. Odpłynęłam lekko do tyłu tak, by i mój nos był zanurzony. Swoimi już starymi oczami popatrzyłam na okna pokoju Jacoba. Tęskniłam za swoim synem, ale jeśli wierząc w plotki, prawdopodobnie spotkam go w niebie… lub w piekle.  I już miałam je zamknąć gdy ujrzałam w oknie postać starej kobiety, uśmiechającej się do mnie i  wymawiającej słowa, które poznałam po kształcie formowanych ust: Do zobaczenia.
Już niedługo, mamo. Już niedługo. – pomyślałam.

Śmierć nie jest końcem. To początek nowego poznania. Mnie czeka kara. – stwierdziłam.



             Ostatnie chwile


                    Zawsze odrzucałem wiarę w duchy, Boga czy ogólnie świat nadprzyrodzony. Wydawało się to dla mnie czymś abstrakcyjnym, fantastycznym – urojeniem psychicznym. Było tak, ponieważ moja dusza została roztrzaskania po śmierci żony i córki. Sądziłem, że jeśli istniałby Bóg to chroniłby on wszystkich ludzi i nie pozwalał im cierpieć. Ale czy miałoby to sens?  Czy życie w takim świecie, świecie w którym wszystko przynosiłoby szczęście byłoby łatwiejsze? Czy to co przychodzi nam z lekkością nie jest czymś mało wartościowym? Czyż zawsze nie potrzebujemy czegoś to większego i trudniejszego? 
                    Współczułem Annie, to oczywiste. Popełniła samobójstwo a w ostatniej sekundzie życia zobaczyła swojego największego wroga, jakim była jej matka. Ta obiecała jej spotkanie po śmierci… Czy istnieje coś gorszego niż świadomość, że nawet po  przekroczeniu bram zaświatów czeka na nas niepokój i męka?  Chciałem dowiedzieć się co tak naprawdę stało się z Johannem i Jacobem. Kiedy umarli i w jakich okolicznościach? Oczywiście…. Chciałem też poznać rozwiązanie. Co muszę zrobić by raz na zawsze pozbyć się demona matki Rose. 
Teraz, gdy poznałem większą część historii, pozostały mi do przeczytania ostatnie rozdziały z książki Jacoba. Zanim jednak po nią sięgnąłem, poczułem potrzebę wyprostowania nóg. W chwili gdy uniosłem się z fotela usłyszałem swoje imię. Wołał mnie, tym razem głos chłopca.
Dobiegał najprawdopodobniej z korytarza. Chwyciłem lampę i ostrożnie wyszedłem z salonu. Nie bałem się, że zobaczę ducha – w końcu w ostatnich tygodniach widuję je codziennie.  Bardziej przerażał mnie fakt, że mogę go spłoszyć… i nie dowiedzieć się w jakim celu mnie woła.
Gdy wyjrzałem na korytarz i skierowałem światło na ziemię, najpierw zobaczyłem stopy w brązowych butach. Niewątpliwie były one małego rozmiaru, należały do chłopca. Uniosłem lampę wyżej i poznałem prawdziwe, młode oblicze Jacoba Scheppelina. Przedstawił mi się, elegancko wyciągając dłoń. Podałem mu ją, lekko skłaniając. Jacob dygnął w dość dziecinny i śmieszny sposób i kazał mi iść za sobą. Zaczął podążać wprost na ścianę, gdzie powinny stać drzwi wejściowe. Z łatwością ją przekroczył. I o dziwo… gdy próbowałem zrobić to samo, udało mi się. Przez moment poczułem się jak duch…
A co jeśli już nim byłem?
Znaleźliśmy się na zewnątrz, z widokiem na dróżki i zalesiony ogród. Chłopiec, ubrany w białą koszulę wciągniętą w brązowe spodenki sięgające mu do kolan, prowadził mnie do owego ogrodu, miejsca, które odwiedziłem bardzo chętnie pierwszego dnia pobytu na wyspie. Nigdy więcej tam nie wróciłem, przynajmniej nie przywiązywałem większej wagi do tegoż miejsca. Jacob nie odzywał się, po prostu szedł przed siebie, otworzył bramę i wprowadził mnie do wnętrza tego magicznego miejsca. Zatrzymał się przy posągu z wygrawerowanymi inicjałami jego rodziców.
                   - Zrobił to mój ojciec… Wtedy kiedy powrócił do domu. – powiedział pociągając palcem po wyżłobionych literkach.
Popatrzyłem na niego i ostrożnie zapytałem:
                    - Jacobie? – zwrócił swoją uwagę na mnie – opowiesz mi tą historię do końca? Pozwolisz mi ją w pełni zrozumieć?
Nie odpowiedział. Prowadził dalej.
Droga wiodła przez gęstwinę drzew i krzewów. Musiałem cały czas odgarniać gałęzie, by nie zgubić Jacoba. Zdawało mi się, że kazał mi za sobą iść. Nadal chciał mi coś pokazać, a może i opowiedzieć.  Gdy przekroczyliśmy ostatnią barierę bujnej roślinności zobaczyłem drewniany hamak, otoczony mnogą ilością krzaków róż. Było tam niewątpliwie romantycznie i cudownie. Mówię było, bo teraz, po upływie tylu lat ten fragment ogrodu stał się mroczny, zaniedbany i samotny. Jacob usiadł, a zaraz po nim ja. Był takim wrażliwym lecz jednocześnie odważnym chłopcem. W jego oczach malował się ból i niepokój, lecz w grymasie twarzy dostrzec było można ten bunt i walkę. Nie musiałem przypominać mu o swojej prośbie, bo on sam zaczął opowiadać.
                      - Po przeczytaniu pamiętnika mojej mamy doszedłem do wniosku, że ten cały plan nie ma sensu. Straciłem wiarę w to o czym opowiadał mi matka… Znienawidziłem ją. Okłamywała mnie i mojego ojca przez całe życie. Skąd mogliśmy wiedzieć, że jest o zdrowych zmysłach? Skoro tyle przeszła to równie dobrze mogła stracić resztki racjonalizmu. Dlatego… postanowiłem dokończyć książkę ale z fałszywym zakończeniem. Napisałem w niej, że cała rodzina popełniła samobójstwo tydzień po tym, jak Johann dowiedział się całej prawdy. Anna wraz z synem podpaliła dom a mój ojciec próbował nas ocalić lecz bezskutecznie gdyż ogień szybko ogarnął całą posiadłość. Nie wydałem tej książki. Zatrzymałem ją dla siebie. Leży nadal na moim biurku, jak zapewne zauważyłeś. Do tej części historii wszystko jest zmyślone. Palący się dom zauważyli ludzie z rynku, którzy od razu pobiegli po pomoc i wspólnymi siłami go ugasili. Dwóch mężczyzn odnalazło ciała rodziny… Zanim opowiem ci co było dalej, musisz wysłuchać prawdziwej wersji.
Johann wyprowadził się z domu na następny dzień , po wizycie lekarza. Kompletnie zwariował, nie wiedział komu wierzyć. Chciał odizolować się na jakiś czas by wszystko sobie poukładać i być może po pewnym czasie powrócić do rodziny. Ja natomiast wyjechałem do Stanów Zjednoczonych. Stchórzyłem, poza tym kierowała mną nienawiść. Byłem bardzo zdenerwowany na matkę, czułem obrzydzenie do całej rodziny i pomyślałem, że może spokój odnajdę gdzieś daleko stąd. I faktycznie, na jakiś czas żyło mi się tam nawet dobrze. Potem powróciły koszmary, wizje, wspomnienia i nadal ciążył we mnie fakt, że jestem dzieckiem kazirodczego związku. Matka została w domu i przeżywała prawdziwe katorgi. Demon nie dawał jej spokoju aż wreszcie całkowicie pozbawił zdrowia, szczęścia czy jakiegokolwiek uczucia. Odebrał jej duszę, to na czym od początku mu zależało. Popełniła samobójstwo w 1875 roku. Ten ostatni rozdział zapisałem  na podstawie pożegnalnego  listu, który zostawiła.
Nagle i mną zawładnęło uczucie, że coś się posypało… miałem wrażenie, że stało się coś potwornego i muszę wrócić do domu. Dokładnie tego samego dnia kiedy to moja matka popełniła samobójstwo, może zaledwie godzinę później stałem przy brzegu oceanu patrząc jak ciało mojej matki odpłynęło daleko stąd. Gdy ujrzałem jej buty, wiedziałem jaką decyzję podjęła. I właśnie w tamtym momencie… poczułem zapach zgniłego mięsa i zobaczyłem rój much. Byłem przekonany, że owe te wrażenia są produkowane przez dotychczas jedynego znanego mi demona. Myliłem się. Gdy odwróciłem się przodem do tego zjawiska, zobaczyłem twarz matki. Wykrzywiona była w takim strasznym uśmiechu… nie potrafisz go sobie nawet wyobrazić. Pierwsza moja myśl brzmiała, że powinienem z nią porozmawiać, przeprosić za to, że wyjechałem ale… gdy zobaczyłem jej oczy, jej wstrętne ciało, uśmiech – nie była sobą. Dlatego próbowałem uciekać. Ale… nie da się uciec przed duchem. I przed strachem. Była tak silna, mówię o Annie. Chwyciła mnie za gardło i zaczęła dusić, potem gdy widziała że powoli tracę przytomność, puściła i zaczęła ciągnąć za nogi. Nie pamiętam co stało się później. Obudziłem się w kompletnych ciemnościach. Zacząłem badać to co było w najbliższym otoczeniu i doszedłem do wniosku, że muszę znajdować się w piwnicy. Rozpoznałem nasz domowy kufer i szafę. Próbowałem się wydostać ale w miejscu gdzie powinny stać drzwi, stał mur. Nie miałem pojęcia jak to zrobiła, nie wiedziałem czy to jakaś aluzja czy rzeczywistość. Zacząłem tracić rozum, płakałem, wołałem jej imię, błagałem o wolność. W kółku powtarzała mi słowa: Za późno na przeprosiny. Opuściłeś mnie. Opuściłeś mnie. I tak ciągle. Nie mogłem zatkać uszu bo nawet wtedy słyszałem to okrutne stwierdzenie. Wdarła się nie tylko w serce i uczucia ale i rozum. Po dwóch dniach, bez picia i jedzenia zacząłem tracić wszelkie siły. Ale nie chciałem tak umierać. Nie chciałem się męczyć. Dlatego postanowiłem, że napiszę list. List do mojego ojca. Pomyślałem, że jeśli ja poczułem intuicję by zjawić się w tym piekielnym domu zaledwie godzinę po śmierci matki, to może i ojciec niebawem się tu zjawi a drzwi z powrotem będą drzwiami.
             - A więc to ten list, w którym przepraszałeś ojca i błagałeś o pomoc. Znalazłem go całkiem niedawno razem z kluczem…  - przerwałem lecz Jacob nie zwracał na mnie uwagi.
                  - Tak jak mówiłem… nie myślałem logicznie. Nic nie miało dla mnie znaczenia. Ojciec się nie pojawił a ja chciałem być wolny. Znalazłem sznur i krzesło. Przywiązałem go do drewnianej belki na suficie i zrobiłem pętle na szyi. Popełniłem samobójstwo w ten sam dzień co moja matka.
Jakiś czas później, prawdopodobnie tydzień, Johann powrócił do domu mając nadzieję, że życie jego rodziny znów jakoś się ułoży. Niestety… w domu nie zastał nikogo a gdy wszedł do kuchni ujrzał list Anny. Znalazł buty na brzegu a schodząc do piwnicy ujrzał mnie i moje pożegnanie.  Patrzyłem na niego jako duch… Stałem u jego boku i tak bardzo chciałem mu pomóc, wskazać to co powinien był już dawno zrobić. Lecz on… on utopił się w wannie. Odkręcił wodę, zanurzył się w niej i pozbawił życia. Jeszcze nigdy nie widziałem jak wygląda ta cała ceremonia, gdy ktoś umiera i przechodzi na ten inny świat. To wcale nie jest takie nadzwyczajne. Kiedy dusza uchodzi z ciebie w chwili śmierci, po prostu stwarza coś w rodzaju odbicia lustrzanego. Wyglądasz tak samo ale nie reagujesz na zmysły, nie możesz dotknąć, poczuć, zobaczyć tego wszystkiego co teraz. Gdy stanęliśmy obok siebie i spojrzeliśmy w oczy coś się zmieniło. Jakaś niewidzialna moc zaczęła przejmować nad nami kontrolę. Widzieliśmy czarną mgłę, która owijała się wokół nas i wpajała w naszą przestrzeń. Słyszałem głos mamy… Mówiła do mnie łagodnie, zachęcała do rozmowy, wołała mnie. Johann próbował nad tym zapanować ale demon był silniejszy. Otóż… Duch matki Anny obiecał jej, że wróci po nią po śmierci. W momencie gdy Anna uległa jej wołaniom i dopuściła się do stosunku ze swoim synem, pozwoliła na wstąpienie demona do jej duszy. Gdy urodziła mnie, kolejna część tej złej mocy przeszła na mnie i rzecz jasna na Johanna. Wszyscy nosiliśmy w sobie demona a nasze prawdziwe dusze zostały zaatakowane. Całe życie należeliśmy do Szatana. I nie było innego wyjścia jak tylko ulec mu po zjawieniu się w zaświatach… a raczej w tej chwilowej przystani. Demon kazał nam złowić ciała dwóch mężczyzn. Jednym z nich był Carlos Peleponer, drugi Friderico Schuller, którego znasz pod moim imieniem i nazwiskiem. Chciał by ci dwoje odbudowało dom i dało mu nasycić się kolejną duszą. Chciał kogoś, kto łatwo ulega niewierze, ktoś kto nie wierzy w Boga i nie będzie mu się opierał. Obserwowała cię w momencie śmierci twojej córki i żony. Wyłowiła cię spośród całej ludzkości. Wiesz dlaczego? Właśnie przez słowa, które wtedy pomyślałeś…
                - Boga nie ma, jest tylko Diabeł. – zacytowałem.
                - Tak. Dokładnie to.
                 - Nadal nie rozumiem… Jeśli ty jesteś duchem Jacoba Scheppelina to kim jest ten Friderico?
                 - Każdy człowiek po śmierci zachowuje dobrą i złą część swojej duszy. Tą złą posiadł demon i umieścił w starszym człowieku, Schullerze. Ja – uwięziony w ciele dziecka, nie stanowię zagrożenia.
              Zapadła chwila milczenia.
            - Co stało się z ciałami? – spytałem.
             - Carlos i Friderico, zakopali ciało Johanna i buty Anny wraz ze stosem róż w ogrodzie. Moje zaś… pochowali w trumnie, która stoi za drzwiami…
               - To do nich jest ten klucz?
Potwierdził.
               - Co mogę zrobić? Jak wam pomóc? Jak pozbyć się demona?
 Uśmiechnął się najsmutniej na świecie.
                 - Nie ma żadnego wyjścia. Ciało mojej matki nigdy nie zostało odnalezione, przez co nie można go spalić. Nie umarliśmy razem, rozdzieliliśmy się, nie spaliliśmy domu. Wszystko teraz skażone jest szatanem. Nawet ty. – popatrzył na mnie swoimi wielkimi oczami. Na moment zamilkł. – Zdajesz sobie sprawę, że jedyną możliwą ucieczką stąd jest śmierć? A i po niej dopadnie cię to co nas?
Zastanowiłem się nad jego słowami.
              - Czy dusza zawsze odnajdzie swoje ciało? To, które porzuciła?
               - Odnajdzie lecz ponowne wstąpienie nie jest możliwe…
Pokręciłem głową, dając do zrozumienia, że nie o tym myślę.
                - Jacobie… a czy jeśli dobry duch Anny zjawił by się i zgodził na odnalezienie swojego ciała… to czy wtedy … wtedy po spaleniu domu wraz z nimi, odzyskałoby spokój?
Zawiał mocny wiatr a z nieba spadły grube krople deszczu.
               - Oliverze, dusza jest nieśmiertelna. Poprzez pozbycie się samych ciał, już pozbawionych życia nie osiągniesz niczego. Pogódź się z tym, że teraz czeka na ciebie wieczne umieranie. Zacząłeś umierać w chwili gdy przekroczyłeś próg tego domu.
        I miał rację. Czułem to w sobie. Moje ciało zaczęło się starzeć a umysł tracił zmysły. Życie niby toczyło się dalej, tyle, że beze mnie. Zostałem wyrzucony z kręgu losu. Śmierć zbliżała się do mnie bardzo powoli ale jednocześnie dawała znaki, że ciągle o mnie pamięta. Nie ma nic gorszego od wiedzy, że się umiera. I nie ma nic gorszego od tego, że ową śmierć zesłałeś na siebie sam.
Na zawsze zapamiętam jego bolesną, młodą twarz, twarz chłopca, którego życie potoczyło się wbrew jego wizji i marzeniom. Chłopca, który nie znalazł spokoju ani na ziemi, ani w niebie. Pozwolił mi wrócić do Londynu, lecz ostrzegł mnie, że to niewiele zmieni bo to co najgorsze ukryło się już w zagłębiach mojej duszy. Byłem mu jednak wdzięczny, bo pozwolił mi uwierzyć w to, że może moja córka i żona są teraz takimi bytami jak on, tyle, że ze szczęśliwszymi wspomnieniami.
                   - Oliverze, pamiętaj, że nie chciałem by ciebie to spotkało. Próbowałem dawać ci znaki, póki jeszcze nie było za późno. Niestety w momencie gdy zacząłeś czytać książkę, historia zajmowała twój umysł a wkrótce i duszę – zacząłeś w nią wierzyć, a więc przyjąłeś wszelkie kryjące się w niej zło. Przepraszam.
Popatrzyłem na niego  w całości, uwzględniając ciało młodzieńca, maleńkiego chłopca o dużych, szczerych oczach, w których widać było łzy. Był nieszczęśliwy a gorszym faktem było to, że już na zawsze takim pozostanie.
                  - Jacobie, mną się nie przejmuj. Wkrótce znów się spotkamy.
Uśmiechnął się lekko i popatrzył w niebo. Wyciągnął chude ręce w jego kierunku i zaczął znikać. Ciało przyjmowało kolory otoczenia aż w końcu całkowicie je pochłonęło. Zostałem sam, poza domem, z możliwością powrotu.
Przekroczyłem próg tamtego domu tylko jeszcze jeden raz. Musiałem zabrać portfel z pieniędzmi na bilet.




Epilog


                       - A więc Pan wrócił? Do Londynu? – zapytał dziennikarz. Poprawiłem okulary leżące na nosie i przeczesałem siwe włosy. Wciąż pamiętałem każdy fragment mojego życia zarówno w trakcie jak i po powrocie z wyspy.
                      - Tak.  Znów mieszkałem w swoim mieszkaniu, pracowałem, spotykałem się z przyjaciółmi. Jedyne co się zmieniło to ja i moje postrzeganie. Miałem przed oczami tamten dom i nadal nie mogłem zapomnieć o Jacobie, Annie czy jej matce. Stałem się skrępowanym człowiekiem, jestem uwięziony w barierze własnego umysłu. Boję się śmierci, choć wiem, że jestem niej coraz bliżej. – mocno zakaszlałem.
 Mężczyzna robiący ze mną wywiad popatrzył na mnie zatroskany i zapytał przybliżając szklankę wody:
                       - Dobrze się Pan czuje? Możemy zrobić przerwę…
Pokręciłem głową. Chciałem dokończyć, dać jakieś świadectwo, dowód na to, że nie należy bagatelizować świata zmarłych.
                       - Byłem tydzień temu na badaniach. Dopadł mnie rak i to w zaawansowanym stadium. Lekarz określił, że pozostał mi miesiąc. Chcę to wykorzystać jak najlepiej.
Zapadła cisza w studiu. Wszyscy tu obecni, wysłuchiwali mojej historii. Dożyłem 89 lat. Przez ponad 40 byłem dręczony wspomnieniami i brakiem sił. Moje kończyny nie chciały funkcjonować, w szpitalu nie potrafili ustalić przyczyny. Wpakowali mnie na wózek inwalidzki. Nie zapisałem się w żadnej poradni psychologicznej – nie widziałem sensu w próbie wyleczenia. Byłem przekonany, że nawet jeśli uda mi się zapomnieć o wszystkim za życia, to powróci do mnie z podwojoną siłą po śmierci.
                    - Chciałby Pan coś jeszcze dodać? – zapytał drugi z towarzyszy. Popatrzyłem za okno – panowała już noc a księżyc oświetlał całą ziemię. Padał śnieg obsypując niemieckie ulice wraz z pędzącymi ludźmi. Nic się nie zmieniło. ,, Wszystko płynie”.
                        - Chciałbym tylko by ludzie uwierzyli w moją historię. Ja też, zaledwie 45 lat temu wyśmiałbym starego faceta ogłaszającego się w gazecie, że przeżył swój urlop w domu upiorów. Na Boga! Jest Boże Narodzenie, pada śnieg, trzeba kupić prezenty dzieciom. Kto będzie w stanie teraz przeczytać taką bajkę i w nią uwierzyć? Ale wiecie co? Na udowodnienie mojej historii podaję imię i nazwisko rodziny zamieszkującej tamtą posiadłość na wyspie. W wolnej chwili sprawdźcie sobie w przeglądarce internetowej. Oni kiedyś żyli, tak jak wy dotykali piękna tego świata. Był im przeznaczony znacznie gorszy los niż wam. Jestem już za stary, by przekonywać cały lud o swojej prawdzie, mam jednak nadzieję, że ktoś z was to przeczyta i uwierzy. Chciałbym mieć chociaż nadzieję, że jakaś część mojego wszechświata będzie o mnie pamiętać, bo oprócz śmierci, nie ma nic gorszego od zapomnienia i samotności.
                      Znów zapadło milczenie. W tle słychać było dźwięki muzyki, rozmów ekipy wydawniczej. Zadający mi pytania wstał, wyciągnął dłoń i powiedział:
                           - Jest nam niezmiernie miło, że mogliśmy Pana wysłuchać.
                           - Życzę Ci młody człowieku, dobrych i rodzinnych świąt. Korzystaj z każdej sekundy życia i za żadne skarby, nigdy nie jedź na wyspę Santa Barbara. – uśmiechnąłem się gotowy do wyjścia.
                           - Dziękuję. – otworzyłem drzwi wyjściowe. – Proszę się jakoś trzymać. – usłyszałem jeszcze.
,,Jakoś” – dobrze powiedziane.


                    






















Witam wszystkich czytelników! :D Jak widzicie, to już epilog - koniec ,, ODDAJ MI SWOJĄ DUSZĘ", Czuję niedosyt. Towarzyszy mi takie dziwne uczucie, ciekawość i niepokój. Chciałabym wiedzieć co sądzicie o tej książce, jakie wywarła na was emocje. Dajcie znać czy ktokolwiek ją śledził i czytał... posty nie pojawiały się regularnie, co mogło was zniechęcać ale czasem brakowało mi pomysłu albo najzwyczajniej, czasu. Planuję już nową powieść, ba, zaraz biorę się za pisanie! Oczekujcie prologu a ja oczekuję na komentarze, :)
Miłego wieczoru, 
Mroczna Kraina. 

poniedziałek, 14 września 2015

Dawno niepojawiające się kolejne fragmenty

              Grudzień 1828r.



Stałam przed lustrem i patrzyłam na siebie z obrzydzeniem.  Niedawno zaczęłam zauważać, że przybieram na wadze. Twarz stała się pulchniejsza, nogi nie były już tak szczupłe i długie, a w brzuch stał się okrąglejszy. Podejrzewałam  najgorsze. Nie chciałam dopuszczać do myśli fakt, iż mogę być w ciąży z własnym synem.
Johann nie dowiedział się o swoim pochodzeniu. Nadal mnie kochał, spał ze mną i obiecywał że jeśli tylko pozwolę mu wyjść z domu i poszukać pracy to wynajmie nowy dom. Wszystko składało się w piękną, harmonijną całość. Miałam u boku wspaniałego mężczyznę, spodziewam się dziecka a w najbliższym czasie zamieszkamy rodziną w nowym domu. Mało kto ma szansę na rozpoczęcie tak wspaniałego życia. Problem i sęk sprawy polegał na tym, że owy mężczyzna był moim synem i to on jest ojcem dziecka.
Najzabawniejszy był fakt, że jedyną osobą, którą nienawidziłam w tamtej chwili nie byłam ja ale zarodek rozwijający się w moim  brzuchu. Czułam do niego obrzydzenie, bałam się momentu, w którym będę musiała spojrzeć mu w oczy. Zobaczę w nich tamtą chwilę, gdy oddałam się całkowicie Johannowi. Ujrzę piętno pożądania i co najgorsze, zło, które nie opuści mnie już do końca egzystencji.




                                 wrzesień 1829r., 1830r.



Ciąża przebiegała dość boleśnie a termin porodu znacznie się opóźnił. Johann dbał o mnie jak tylko potrafił najlepiej, w dodatku znalazł pewną posiadłość, niedawno wybudowaną na wyspie Santa Barbara. Postanowiliśmy ukryć naszą prawdziwą tożsamość, nie wtrącać się w życie duchów, nie chodzić do Kościoła, gdyż wszystko to mogłoby sprowadzić na nas moją matkę. Wiedziałam, że przyjdzie dzień, w którym powróci i zabije nas wszystkich ale nie było nic gorszego od myślenia o śmierci. Szczególnie wtedy, kiedy urodził się Jacob. Okazał się być bardzo podobny do mnie.  Z zachowania sprawiał wrażenie bardzo spokojnego, zrównoważonego. Patrzył na mnie bardzo często lecz nigdy nie zauważyłam jakiegokolwiek światełka mroku w jego oczach. Przekonałam się, że zaakceptowanie go nie będzie takim trudnym wyzwaniem. Ani on, ani Johann nie poznają prawdy. Jedynym powiernikiem będę ja sama, bo to przez mój błąd i kłamstwa doprowadziłam do obecnego stanu rzeczy.








                                            1831 r.


Jacob rozwijał się nad wyraz szybko. Już w wieku dwóch lat umiał powiedzieć podstawowe zwroty, stawiał pierwsze kroki. Byliśmy z niego bardzo dumni. Czasem, gdy nie mieliśmy czasu aby się z nim bawić, on sam wymyślał sobie zajęcie. Nie musieliśmy go pilnować, gdyż na swój wiek okazał się być niezwykle ostrożny.
Rzecz jasna, przyszedł moment,  w którym Jacob był pod naszą całodzienną opieką.
           
                                     Sierpień 1833r.

      Moja matka wróciła z pośród umarłych aby uprzykrzyć nam życie. Bez wątpienia chciała zabić każdego z nas po kolei. Codziennie zostawiała nam dowód swoich odwiedzin. Nie raz znajdywałam kawałki szkła na podłodze w pokoju Jacoba, sztylet wbity w deski na korytarzu, zdarzało się, że muzyka sama zaczęła płynąć z gramofonu. Johann bardzo się martwił. Nie rozumiał do końca dlaczego Rosa nie chce nam dać spokoju. Tragiczne było to, że nie mogłam mu tego wyjaśnić. Ale on to akceptował, powtarzał, że nie może mnie za to winić. Staraliśmy się przebywać wszyscy razem, pilnować siebie wzajemnie ale to nie było możliwe. Johann musiał pracować, ja musiałam wychodzić na zakupy. Ataki ze strony mojej matki nie były coraz to gwałtowniejsze… i to było najgorsze. Nigdy nie mogliśmy ich przewidzieć. Przychodziło tak jak deja vu. Nagle, raz z ogromną siłą a raz zupełnie niegroźne i niewyraźne.

                                         Grudzień 1833r.


            Jacob rósł, zmieniał się, zaczynał zauważać niebezpieczeństwo jakie na niego i nas czyha. W poprzednią noc obudził nas jego płacz. Pobiegłam sprawdzić co się stało lecz jedyne co pozostało to kęp siwych włosów leżących na jego twarzy. Rosa była w pokoju mojego dziecka, jej stęchłe oblicze znajdowało się centymetr od buzi mojego synka.
           Zastanawiałam się nad motywem działań mojej matki. Wiem, że była niezwykle wierzącą kobietą…. Uważała, że człowiek powinien żyć pod kloszem, bez towarzystwa innych osób, spoza rodziny. Codziennie powinno się modlić, przepraszać Boga za każdy występek. Pilnowała mnie bym czytała Biblię, gdyż uważała, że tylko ta książka jest nie splamiona ludzką, szatańską krwią. Tak… uważała, że człowiek jest wytworem szatana. Bóg, według niej, nie mógłby stworzyć tak niedoskonałej istoty jaką jesteśmy.
Kochała Boga tak naprawdę go nie rozumiejąc.
Wydaje mi się, że całe zło, którym została obdarzona wynika z obecności mrocznych sił jakie kłębią się w jej sercu. Może jakaś nieczysta dusza upolowała jej duszę i zagospodarowała w niej na całe życie. I okres po życiu.
Drugim wyjściem mogła być choroba psychiczna i obłęd jaki ją omiótł.
Chciałabym wierzyć, że to drugi powód był tym prawidłowym.  

Niestety z  czasem zaczęło być gorzej. Oznaki jej obecności już nie okazywały się w postaci jej obecności w domu…. Lecz we mnie. Zaczęłam być agresywna, miałam częste wahania nastroju, szybko się denerwowałam… A czasem kompletnie zapominałam kim jestem. W jednej sekundzie piłam herbatę z Johannem a w drugiej zrzuciłam ją na podłogę. Potem łapałam za odłamki szkła i zaczynałam się nimi ranić. Podejrzewaliśmy, że moja zmiana wynikała ze stresu, przeciążenia umysłowego. Wiedziałam jednak, że w tych momentach nie myślałam jak ja. Gdy budziłam się z takiego letargu, nie pamiętałam swoich działań.





                                     wrzesień  1836


           Jestem przerażona. Dziś w nocy mało brakowało a zabiłabym swoją rodzinę. Spałam u boku Johanna gdy nagle poczułam uciskanie w klatce piersiowej. Tak jakby ktoś mi na nią naciskał. Nie mogłam oddychać, z wysiłku obudziłam się cała spocona. Nie byłam już sobą – czułam się dziko. Miałam wrażenie, że świat spowity jest czarną mazią. Wszystko czego dotknęłam kleiło się, śmierdziało stęchlizną. Drażnił mnie ten widok i zapach. Najwięcej jej leżało na Johannie i Jacobie. Chwyciłam za nóż kuchenny i chwiejnym krokiem stanęłam nad śpiącym mężem. Myślałam, że jeśli go zabiję, to okropna substancja zniknie wraz z nim. Uśmiechnęłam się szyderczo, wiedziałam bowiem, ze mam nad nią kontrolę. Gdy powietrze oddzielało szyję Johanna od ostrza o dwa milimetry, ktoś szarpnął mnie do tyłu. Upadłam, upuszczając nóż i mając przed sobą twarz Jacoba. Był zdezorientowany, przestraszony. Patrzył na mnie z lękiem, nie mógł uwierzyć, że jego matka chciała ich pozabijać.
Co smutniejsze, w tamtym momencie mogłam w to uwierzyć. Zaczęłam tracić sumienie. Nie potrafiłam już oddzielać dobra od zła.
             





                                        Styczeń 1837



                 Rozmawiałam z Johannem. Wytłumaczyłam mu, że Rose nie da nam spokoju. Błagałam o wezwanie księdza do domu… Nie chciał mi wierzyć, że opętał mnie jej duch. Krzyczał, że ubzdurałam sobie to, że zwariowałam. Nie tolerował rozmów o świecie paranormalnym. Zaczął nawet mnie oskarżać o wszelkie niebezpieczeństwo jakie czyhało na Jacoba. Powiedział, że jestem sprawczynią całego zła jakie ich spotkało. Sądził, że najlepiej będzie jeśli się odizoluję. Postanowił, że zamknie mnie w kanciapie na tak długo, aż znormalnieję.
                        - A co  z naszym synem? – zapytałam go przerażona. – Nie rozumiesz, że ona może go w każdej chwili zabić?
Pokręcił głową, zaśmiał się w ten szyderczy sposób i odpowiedział:
                         - Nawet jeśli ona faktycznie tu jest, to czemu nie zabiła go wcześniej? Miała do tego tyle okazji.
I tu musiałam przyznać mu rację. Atakowała nas już tysiące razy lecz nigdy nie doszło do zabójstwa. Dlaczego? Czego ona chciała? Wyglądało na to, że chce nam podarować długą, szeroką, bolesną śmierć, pytanie pojawiało się później. Kiedy ona nadejdzie?




                                      1838 r.


       Siedząc zamknięta w małym, ciemnym pomieszczeniu zdołałam przemyśleć sobie sytuację w jakiej się znaleźliśmy. Moja matka nie odpuści jeśli zmienimy dom. Będzie nas śledzić i gnębić do końca, nie da nam spokoju i możliwości na normalne życie. Taka była prawda, i musiałam ją do siebie dopuszczać, nieważne jak wielką krzywdę mi sprawiała. Odbierała nam duszę, wolne oddychanie, odbierała nam całą przyjemność i szczęście. Zdawało mi się, że nawiedza mnie podczas snu i woła: Oddaj mi swoją duszę, Anno…
           Cóż… Sądzę, że jedynym rozwiązaniem jest spalenie domu i samobójstwo. To nie prześladowca, który chce wymordować rodzinę. To duch, którego nie widać a, który widzi nas. Obserwuje, namawia, zabija. Nawet po naszej śmierci, jej dusza będzie unosić się w tym domu. Dlatego właśnie i on musi zniknąć. Inaczej…. Rose znajdzie sobie nową ofiarę.
            Planuję wtajemniczyć Jacoba o swoim planie, nakazać mu spisania wszystkich dni i wspomnień z naszego życia. Wiem, ze kocha pisać i opowiadać – myślę, że gdyby miał szansę na normalną przyszłość, zostałby pisarzem. Jeśli dom przeżyje i ktoś będzie chciał w nim zamieszkać, będzie istniała szansa, że najpierw przeczyta książkę mojego syna i zrezygnuje. Tylko… w jaki sposób mógłby skojarzyć podobieństwo domu z powieści a tego, w którym zamieszkał? Ktoś musiałby go na to naprowadzić…. Lub Jacob mógłby napisać dokładny adres domu.
                 Powiem też Johannowi całą prawdę… Będzie mi ciężko umierać wiedząc, że cały czas go okłamuję. Nie miałabym czystego sumienia.
        Śmieszne, że teraz zaczęłam się tym martwić.

                                  

                                1839 r.


           - Posłuchaj… wiem, że sądzisz, że zwariowałam. Ale to bardzo ważne. Zrób to tylko dla naszego syna. Wysłuchaj mnie.
Popatrzył na mnie tymi oczami, w których ciągle odnajdywałam jego ojca.
               - Dobrze. Usiądźmy. – zdecydował i skierowaliśmy się w kierunku salonu.
               - Nie chcę mówić o tym tak wprost… Pozwól, że opowiem ci wszystko od początku. – próbowałam patrzeć mu w oczy, lecz w tamtym momencie było to ogromnie trudne. Odnajdywałam w nich przeszłość, miłość i ból, syna i kochanka. Widziałam w ich odbiciu potwora, którym powoli zaczęłam się stawać.
                 - Inaczej to nie ma sensu… - wyszeptał skupiony.
                 - Pamiętasz gdy opowiadałam ci o twoich rodzicach? – zaczęłam ostrożnie. Prawda, która zaraz miała wypłynąć z moich ust, drażniła język, gardło i tak mocno wyciskała łzy.
                 Potwierdził skinieniem.
                - Nie powiedziałam ci wtedy prawdy. Twoja matka żyje, była przy tobie całe życie… - popatrzył na mnie nagle, po twarzy przebiegł mu nerwowy grymas, zacisnął szczękę. – To ja… Ja cię urodziłam. Jesteś moim synem.
Jego życie w ciągu tych trzech sekund całkowicie się zrujnowało. Wyglądał na wzburzonego, przestraszonego i skrzywdzonego mężczyznę. Zaciskał pięści i rozluźniał je co chwilę, wstał, złapał się za głowę chodził w tę i z powrotem.  Kręcił głową, pochylał się i krzyczał, że to nie może być prawda, usiadł na podłodze i zaczął się bujać. W końcu… podniósł wzrok, popatrzył na mnie tymi pięknymi oczami, w których teraz odnaleźć było można tylko i wyłącznie brak szczęścia. Stał się tym kim ja – bytem nakrytym złudną szatą, istotą, której odebrano duszę. Krzywda, której doświadczył wyrwała mu z serca wszelką radość i zdrowie. Wiedział co go czeka – lecz i to nie było najgorsze. W tym wszystkim, to co najpierw sprawiało mu przykrość a potem nienawiść był on sam. Mówi się, że człowiek jest tym samym człowiekiem co sekundę temu. To chyba jeden z najprostszych przykładów wskazujących jak bardzo mylne jest to stwierdzenie.
                 - Moja matka zabiła Josepha – twojego ojca i mężczyznę, którego tak bardzo kochałam. Zabrała nam normalne życie… Było mi ciężko gdy szukałam dla nas domu, gdy ciężko chorowałeś a ja nie miałam funduszy na dogodne utrzymanie. Ale walczyłam, walczyłam dla nas, Johannie! Chciałam, żebyś był wolny, żebyś dostał szansę na zbudowanie swojego losu tak jak byś chciał by on się potoczył. Starałam się wychować ciebie jak najlepiej, uczyłam cię… Trzymałam w dystansie od innych dzieci byś nie dowiedział się co to znaczy krzywda, byś nie dowiedział się przypadkiem o swojej przeszłości, tak bardzo pragnęłam, żebyś żył ostrożnie. Widziałam jak dojrzewasz i jak powoli stajesz się przystojnym mężczyzną. Wtedy zaczęło dziać się coś dziwnego – czułam, że coś nakazuje mi nawiązać z tobą bliższy kontakt. Czarna siła przyciągała mnie do twojego serca,  powoli zakochiwałam się w tobie, Johannie i nie miałam na to żadnego wpływu ani wyjścia. Kiedy powiedziałeś mi, że jestem kobietą, z którą chciałbyś zamieszkać i się zestarzeć, emocje wzięły w górę. Gdzieś w głębi, głos, mówił mi, że jesteś moim synem i związek z tobą jest niewybaczalnym grzechem ale jakże przekonywująca była moja matka, która zabierając mi rozsądek i moją duszę, wdzierała się swoją i pożądała ciebie tak mocno, iż oddałam się jej i tobie całkowicie. – zamilkłam na moment by sprawdzić czy chce coś powiedzieć ale on zdawał się być teraz w zupełnie innym świecie, tak jakby opuściła go rzeczywistość, jakby przez chwilę zobaczył coś nowego i bardziej interesującego.  – W chwili gdy zdałam sobie sprawę, że jestem w ciąży… powróciły wyrzuty sumienia i wrogość do dziecka. Tak, na początku nienawidziłam Jacoba, czułam obrzydzenie do dziecka spłodzonego przez demona Rose. Tyle, że to nie on był temu winien. Od pojawienia się tej myśli do każdej mijającej teraz sekundy nienawidzę siebie i mojej matki. Sam widzisz, że znów zaczyna nas nękać. Rozmawiałam z Jacobem, on wie co robić, rozumie to co się dzieje. Johann, jedynym wyjściem z tej męczarni jest spalenie domu i nasza śmierć. Musimy zginąć, rozumiesz? Ona nami zawładnęła, bawi się nami jak marionetkami, przyjmuje postać każdego przedmiotu w tej posiadłości, zamieszkuje nasze dusze. By zniszczyć ją raz na zawsze, musimy się tego pozbyć. Gdy my odejdziemy, ona odejdzie razem z nami. Dodatkowo, musimy umrzeć razem, nikt z nas nie ma prawa kontynuować swojego życia bo ona tu zostanie. To taka klątwa…
                  - Zamilcz. – przerwał ostro, waląc pięścią w stół. Przestraszona zwróciłam oczy w jego kierunku.
Stał, patrzył na mnie z góry i wyrażał pogardę do każdej części mojej istoty.
                    - Jutro dzwonię po lekarza. Jesteś psychicznie chora a nasz syn…., Jacob musi wychowywać się przy zdrowej matce. Choć nie wiem, czy nie lepiej byłoby go od ciebie usunąć. Jesteś zagrożeniem dla nas wszystkich. To ty jesteś potworem, nie twoja matka. A jeśli i nawet ona to już dawno powinna cię zabić. Nienawidzę cię. Już nigdy nie spojrzę ci w oczy… nie po tym jak tyle lat mnie okłamywałaś. Miałaś świadomość wtedy…. Tamtej nocy. Mogłaś powiedzieć : nie. Nie wierzę, że nie miałaś wyjścia. Kłamiesz…. Wykorzystałaś mnie a teraz działasz na współczucie, tłumaczysz się duchem… Sama siebie słyszysz? Wiesz… trudno mi będzie patrzeć na siebie w lustro ale tobie… nie wiem czy przebaczysz sobie po śmierci. 

          Wyszedł z pokoju i zostawił mnie z demonem Rose, siedzącym na fotelu naprzeciw. Przez moment tylko się śmiała a potem wstała i rozpłynęła się w powietrzu.
            







środa, 8 lipca 2015

Dalszy fragment

Zawsze zastanawiałam się dlaczego moja rodzina tak bardzo wierzy w Boga. W swoim zachowaniu nie pokazują postawy wierzących. Torturują mnie, chowają przed światem, zabraniają kontaktu z innymi. Próbowałam uciec z domu już niejednokrotnie ale zawsze skutki były bolesne i męczące. Matka nazwała nawet jeden z pokoi, pokojem kary. Zamykała mnie tam na tydzień, w kompletnych ciemnościach, przychodząc co trzy godziny i dając mi szklankę wody. Tylko rano i wieczorem otrzymywałam posiłek.
Ilość tych kar oraz samo życie z moją rodziną nauczyło mnie surowości dla samej siebie. Nie raz czując wyrzuty sumienia z powodu kłótni z matką, przychodziłam do pokoju kary. Bywało, że to nie matka uderzała mnie w policzek ale to ja sama. Nigdy nie próbowałam popełnić samobójstwa…Nie umiałam pozbawić się życia, uważałam nawet, że to prosty sposób na ucieczkę od problemów. Jeśli chciałam się ukarać to albo prosiłam o to mamę lub samą siebie. Tak już zostało. Matka nauczyła mnie życia w karze.


                           ~~~~


         Był wietrzny i deszczowy dzień. Poprzedniego wieczoru matka wyjechała z domu. Ma wrócić niebawem. Joseph przyszedł już z samego rana abym miała więcej czasu na zrobienie zakupów. Wyszłam więc już o ósmej rano. Cały czas byłam w myślach przy moim synku, czy niczego mu nie brakuje, czy Joseph dobrze się nim opiekuje. Kochałam ich obu lecz dobrze wiedziałam że życie razem nie jest nam przeznaczone. Zamierzałam powiedzieć o tym Josephowi. Wytłumaczyć mu, że rodzice nie pozwolą mi przeprowadzić się nawet do najbogatszego domu w miasteczku. Jestem skazana na życie u ich boku a on musiał to zrozumieć.
Była osiemnasta kiedy zmierzałam w kierunku domu. Już na ganku usłyszałam krzyki i dźwięk tłuczonych naczyń. Przestraszyłam się, że może jakiś złodziej wtargnął na teren posiadłości lub co gorsza, matka wróciła wcześniej.
Spełniła się moja obawa.
Gdy uchyliłam drzwi ujrzałam Josepha trzymającego na rękach Johanna. Matka usilnie krzyczała na niego i rzucała porcelanowymi kubeczkami. Dziecko płakało niemiłosiernie a w powietrzu czuć było lekki swąd spalenizny.
                  - Anno, zabieraj Johanna i czekajcie na mnie pod moim domem! – krzyknął Joseph.
Spojrzałam spanikowana i próbowałam podbiec po moje dziecko.
                    - Mamo, proszę, uspokój się! – błagałam ją o mało co nie dostając w głowę porcelaną.
Rosa uśmiechnęła się szeroko i powiedziała:
                    - Nigdy w życiu. On mi Cię odebrał, więc ja odbiorę wam dziecko. – poszła szybkim krokiem do kuchni.
Joseph zerwał się w moim kierunku i przekazał dziecko. Otwierałam już drzwi gdy usłyszałam, że nikt za mną nie idzie. Odwróciłam się twarzą do Josepha. Stał, blady, ze zmierzwionymi czarnymi włosami i wyłupionymi oczami. Usta miał otwarte, jakby chciał powiedzieć: Kocham was. Pokręciłam zrozpaczona głową. Zauważyłam, że matka wbiła mu w plecy nóż. Przebiła je aż po brzuch. Ukochany upadł na kolana a potem całkiem się obezwładnił. Z rany sączyła się krew wylewając na moje stopy. Uniosłam wzrok. Stała przede mną. Mała o siwych włosach, ubrana w swoją białą suknię. Szczerzyła się wyciągając do mnie ręce. Na jej dłoniach widniały plamy krwi Josepha.
                     - Oddaj mi tego bękarta. Nie pozwól by szatan Cię dopadł. I tak jest już wystarczająco blisko Ciebie. – mówiła zbliżając się do mnie. Pochyliłam się po nóż, który nadal był wbity w plecy zmarłego. Nie chciałam by Johann na to wszystko patrzył. Już i tak był wystarczająco przerażony. Matka widząc, że zamierzam ją zaatakować zaśmiała się szyderczo.
                        - Dziecko i tak jest już zaczadzone. Nie ma dla niego szans. Stracisz go tak jak straciłaś jego. – kopnęła stopą Josepha.
Nie myśląc co robię wbiłam nóż w jej pierś. Najpierw popatrzyła na mnie zaskoczona, potem na wbite ostrze. W końcu przeniosła wzrok na dziecko. Trzęsącą się dłonią dotknęła krwi, wylewającej jej się z rany a potem przyłożyła ją do czoła Johanna. Namalowała na nim odwrócony krzyż i zanim upadła tracąc przytomność, szepnęła:
                  - Wrócę po was.
Nie tracąc ani chwili dłużej wybiegłam z domu. Trzymając synka na rękach i płacząc pogrążyłam się w długo trwającej potem depresji aż w końcu pojęłam jedną rzecz. Nie muszę uciekać. Ona i tak mnie znajdzie.



                                         grudzień 1799 r.


 Miejscowy zaproponował mi, że mogę zamieszkać w mieszkaniu jego babci. Niedawno umarła a teraz stoi ono puste. Zgodziłam się bez wahania.
W noc z 30 na 31 grudnia Johann dostał gorączki. Jak się potem okazało, zachorował na silną grypę. Musiał zostać w szpitalu na kilka dni. Nikt nie dawał mu szansy na przeżycie.






                                        czerwiec 1804 r.




                 - Ani, Ani, dzisiaj moje urodziny! – ze snu wybudziły mnie wołania  Johanna. Otworzyłam oczy i od razu ujrzałam twarzyczkę pięcioletniego chłopca, łudząco podobnego do swojego ojca. Miał duże, wyraziste zielone oczy i kruczoczarne włosy. Kiedy się uśmiechał, przy ustach pojawiały mu się słodkie dołeczki.
                   - To wspaniale! Co dziś chcesz robić? – zapytałam go. Ten uspokoił się na chwilę, pomyślał i znów wykrzyknął radośnie:
                    -  Chcę pójść do Milly!
Milly to dziewczynka w wieku Johanna, mieszkająca niedaleko nas. Dzieci poznały się tydzień temu na ryneczku w wiosce. Od razu nawiązały ze sobą kontakt. Nie podobało mi się, że nawiązuje kontakty z dziećmi z okolicy. Johann nie ma pojęcia, że jestem jego matką i ma tak zostać. Sąsiedzi znali moją matkę i dowiedzieli się co się stało. Gdyby powiedzieli prawdę… Johann by się mnie bał. Poza tym, nie chciałam by się do mnie przywiązał. Nie jestem dobrą matką. Potrafię zabić człowieka.
                 - Ani, wstawaj. Chcę do Milly!
 Popatrzyłam na niego zdezorientowana.
                  - Już. Już idę. – powiedziałam i zaczęłam odgarniać pościel. – Poczekaj na mnie w kuchni.
Chłopiec uśmiechnięty potruchtał do innego pomieszczenia. Przebrałam się w spodnie i bluzę, rozczesałam włosy i dołączyłam do Johanna. Nasypałam mu płatków i podałam czyste jabłko. Podziękował i zaczął pilnie jeść. Patrzyłam na niego ze wzruszeniem i bólem.  Okłamuję go dla jego dobra. Mam nadzieję, że poznając kiedyś prawdę mi wybaczy.


                                             maj   1814 r.


                      - Rozumiesz, że muszę iść z nią spotkanie? Znam ja od dzieciństwa! Zakochałem się w niej. – wrzeszczał stojąc naprzeciw mnie. W jego oczach błyszczał gniew i nienawiść.
                      - Nigdzie nie pójdziesz. Ta dziewczyna tylko namotała Ci w głowie. Zostaniesz ze mną. – odpowiedziałam spokojnie.
Chłopak ryknął:
                     - Nie mogę chodzić do szkoły tylko sprowadzasz tu jakiegoś naukowca, muszę się modlić, prawie w ogóle zabraniasz mi się z nią widywać. Nie jesteś moją matką! Wychodzę.
Nie zdążyłam go zatrzymać gdy nagle coś spadło na podłogę. Rozejrzałam się dookoła ale dźwięk pochodził z dalszej odległości. Sprawdziłam w kuchni. Na deskach leżał nóż. Zakrwawiony.
Przyłożyłam dłonie do ust i wybiegłam z domu wołając imię Johanna. Chłopak nie zdążył jeszcze oddalić się wystarczająco by nie móc mnie usłyszeć. Na zawołanie odwrócił się do mnie i zniecierpliwiony stanął aby mnie dosłyszeć.
                     - Proszę, wróć do domu! Muszę Ci coś powiedzieć!
Po pięciu minutach siedziałam obok niego w salonie.
                     - Wiem, że to zabrzmi absurdalnie. Postaraj się mi uwierzyć. Jestem jedyną osobą, która o Ciebie się troszczy. Twoja matka nie chciała mieć dziecka. Kiedy Cię urodziła, od razu postanowiła, że znajdzie sposób aby się Ciebie pozbyć. W pewną noc, gdy podpaliła dom, uratowałam Cię z jej rąk. Ona zaś obiecała, że wróci po nas po śmierci. Widzisz ten nóż? – wskazałam dłonią na ostrze leżące nadal w kuchni. – Nim zabiła pewnego młodzieńca.
Wzdrygnął się.
                       - Sądzisz, że dotrzyma słowa?
                       - Ona zawsze spełnia obietnice.



                                                 Kwiecień 1815




Nóż był tylko pierwszym ostrzeżeniem. Najgorsze dopiero się zbliżało. Wielkimi krokami.
Niedawno zaczęłam zauważać pewne zmiany w Johannie. Wydoroślał, nabrał ciała, jego twarz przybrała dojrzalszy wyraz. Pomyślałam nawet, że gdyby nie był moim synem, mogłabym się z nim związać. To nie były jedyne zmiany, jakie u niego zaobserwowałam.
Pewnego wieczoru gdy razem siedzieliśmy na kanapie i rozmawialiśmy o przyszłości, złapał mnie za rękę, przyciągnął do ust, pocałował i powiedział:
                 - Jesteś najpiękniejszą kobietą pod słońcem, Anno.
Zarumieniłam się.
                 - Będę Ci wdzięczny do końca życia za to że się mną zaopiekujesz. Wiesz o tym, prawda? – zapytał mnie nadal trzymając za rękę.
Poczułam się dziwnie. Wiedziałam, że jest to mój syn i nie powinnam dopuszczać do takich sytuacji ale coś mnie kusiło by odpowiedzieć: tak, rzucić mu się na szyję i pocałować. Tak bardzo tego pragnęłam. W jego oczach widziałam Josepha.
Tego wieczoru do niczego jednak nie doszło.


                                          Czerwiec 1816 r.



            Były to jego siedemnaste urodziny.  Najpierw zawołał mnie do swojego pokoju. Ubrał się w granatowy garnitur a włosy ułożył elegancko. Siedział na łóżku i czekał aż przyjdę. Specjalnie dla niego założyłam krótką, szarą sukienkę. Chciałam mu się podobać.  Chciałam by widział we mnie piękną kobietę, kogoś czystego moralnie. Pragnęłam by mnie pocałował. Myślałam o nim o każdej porze dnia i nocy.
                        - Muszę Ci cos powiedzieć. – odrzekł patrząc na mnie skupionym wzrokiem odkrywającym ubranie z ciała.
Usiadłam obok niego. Poczułam woń jego męskiego, silnego ciała.
                       - Nie mogę już patrzeć na Ciebie z bezpiecznej odległości. Chcę abyś ze mną była i spędziła swoje życie. To moje marzenie od szesnastych urodzin.  Kocham Cię, Anno i chcę byś została moją żoną. – po czym uklęknął na jedno kolano i wyjął z kieszonki garnituru pudełeczko ze złotym pierścionkiem. Był piękny. Pierwsza myśl dotyczyła problemu, w jaki sposób zdobył tą biżuterię. Miał zakaz wychodzenia do miasteczka. Ale po chwili założyłam go na palec i zbliżyłam swoje usta do jego ust.
Płynęliśmy razem, złączeni przez całą w noc do krainy miłości i wiecznego potępienia, gdzie straszna i martwa Rosa rzucała na nas klątwę. Klątwę, która zaprowadzi nas do piekła.
           Z upływem czasu zaczęłam żałować swojej decyzji. To w końcu mój syn. Lecz gdy patrzyłam w jego oczy, tak złudnie podobne do jego ojca i smakowałam jego usta wszystkie wątpliwości żegnały się z pożądaniem tego chłopaka. Dotykał mnie w taki sposób w jaki nawet nie potrafił Joseph. Oddałam mu się w całości a po wszystkim leżałam u jego boku rozmyślając nad kazirodczym grzechem.






Mam nadzieję że wakacje mijają wam przyjemnie pomimo tych upałów które przez chwilę odpuściły. Pozostawcie po sobie komentarz :)
Pozdrawiam wszystkich :*

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Kolejny rozdział



Druga faza umierania






              Gwałtownie otworzyłem oczy. Uderzył mnie powiew ostrego, ciepłego powietrza i błysk światła. Moja prawa ręka była mokra i zasklepiona…  Poderwałem się na nogi gdy zdałem sobie sprawę, że jestem na zewnątrz a dokładnie na plaży za domem. Oszalały z radości rozejrzałem się dookoła. Każdy szczegół jaki zapamiętałem z ostatniego widoku na miasteczko pozostał taki sam. Podbiegłem w kierunku wody i zanurzyłem w niej całe ręce i nogi. Naprawdę tam była. To nie sen. Jestem wolny. Mogę uciekać.
             To była pierwsza myśl jaka dotarła do mnie gdy zobaczyłem niebo. Niestety zaraz potem, kiedy to okrążyłem dom zdałem sobie sprawę, że to nadal niemożliwe. Innej drogi nie było. Przed posiadłością znów zaczynała się plaża. To błędne koło. Wiedziałem jaka jest tego przyczyna. Nie dokończyłem zadania, nie spełniłem obietnicy Anny. Nadal żyję.
Wcale nie byłem na zewnątrz. Miałem złudzenie, że dotykam piasku, że czuję ciepłą wodę. To wszystko działo się w mojej głowie. Zaczynałem świrować i to całkiem na poważnie. Wróciłem się na miejsce gdzie otworzyłem oczy. Usiadłem, złapałem się za kolana i wpatrywałem w ocean a potem wszystko zaczynało się pokrywać mgłą. Nic nie widziałem. Zostałem pochłonięty. Miałem wrażenie, że mgła zabiera mi życie, oddech.
Oddaj mi swoją duszę… - usłyszałem.
                    - Proszę bardzo. – odrzekłem bez zastanowienia i dałem się ponieść gęstej marze.






                       Odzyskałem świadomość w kompletnych ciemnościach. Próbowałem wyszukać mojej lampy naftowej lecz nie mogłem jej odnaleźć. Ostrożnie się podniosłem i złapałem za poręcz. Brnąłem do przodu wciąż pamiętając po co tu wszedłem. Miałem odnaleźć pamiętnik Anny. Nie bałem się tego, że znów kogoś spotkam. Przyzwyczaiłem się do duchów i tego domu. Tak. To prawda.
Kiedy dotarłem na szczyt schodów spokojnym, chwiejnym krokiem próbowałem dojść do pokoju Jacoba. Brak jakiegokolwiek oświetlenia przeszkadzał mi w drodze. Zapamiętałem, że jego pokój jest na końcu korytarza. Po minucie otwierałem drzwi i stanąłem na świętej ziemi Jacoba Scheppelina. Nie wiem dlaczego liczyłem, że pamiętnik wciąż leży na jego biurku. Nie wiem skąd taki pomysł przyszedł mi do głowy. Miałem się już wycofać gdy pomyślałem, że nie zaszkodzi spróbować.
Był tam.
Nie gruby, na oko – miał może 100 stron. Przygarnąłem go do siebie i szybkim krokiem wróciłem na dół. Upewniłem się, że mam jeszcze zapas lamp naftowych, usiadłem na kanapie z książką Carlosa u boku i zacząłem czytać szatańską wersję biblii. Pamiętnik Anny Barbary Thierin.










Szatanska wersja Biblii





  
Anna Barbara Thierin

                                           maj   1789 r.


   Zawsze sądziłam ze człowiek nie jest w stanie się zakochać. Owszem, poczuć łaskotanie w brzuchu, słabość do kogoś ale nie prawdziwa miłość. Moje sądy zmieniły się diametralnie gdy poznałam Josepha. Był inny niż reszta mężczyzn. Nie mniej przystojny a przystojniejszy, mądry, zaradny, pochodził z biednej rodziny lecz za to bardzo dobrze wychowanej. Spotkaliśmy się parę razy. Mam wrażenie ze cos z tego będzie. Widzę ze jemu też zależy. Kiedy zapytałam go czy się jeszcze spotkamy niemal bez chwili wahania mi odpowiedział. Moja matka nie toleruje tej sytuacji. Uważa ze nie powinnam jeszcze się z nikim wiązać. Jestem za młoda. Na szczęście jej nie słucham. Dzisiaj w nocy wymykam się z domu i się z nim spotkam. Nie mogę się doczekać.


                                   czerwiec 1789

Boje się. Nie widziałam się z Josephem już od miesiąca. Ostatnim razem, wtedy gdy wymknęłam się z domu, popełniliśmy błąd. Poniosło nas. Tak bardzo go kocham, on odwzajemnia moje uczucie. Wiem, ze ciąża w moim wieku nie jest pozytywnie rozpatrywana ale może tak miało być. Może Bóg chciał abym była z nim szczęśliwa?
Jedyne co musze zrobić i to jak najszybciej to powiedzieć o tym matce. Nie będzie zachwycona. Może mnie wyrzucić z domu. Trudno. Zaryzykuje.


Uderzyła mnie. Gdy tylko usłyszała ze jestem w ciąży, uderzyła mnie w twarz. Oddalam jej po chwili i pobiegłam na górę. Zaraz może po mnie przyjść. Boje się. Ojciec nas opuścił już dawno. Ale on był taki jak matka. Nic by nie pomógł.
Niemal słyszę jej kroki na górę. Właśnie wali do drzwi. Nie mogę jej nie otworzyć.





                          czerwiec  1799


    Urodziłam pięknego Johanna Scheppelina. Imię wybierałam razem z Josephem. Nie przychodzi do domu często. Jedynie wtedy kiedy matka jest w pracy. Gdy przychodzi,  stara się jak najlepiej uprzykrzyć mi życie. Chowa różne rzeczy, dzisiaj nie mogłam znaleźć swojego pamiętnika. Nie mogę zostawić dziecka sam na sam z nią bo obawiam się, że może je skrzywdzić. Należę do bardzo wierzącej rodziny. Moi rodzice starają się przestrzegać wszystkich przykazań, chodzą do Kościoła, nie dopuszczają do mnie innych ludzi. Boją się, że Ci wciągną mnie w jakieś podejrzane sekty, złe towarzystwo. Nie chcę tak żyć. Nie lubię rutyny, świętego życia w którym nie dopuszcza się grzechu. To bzdura – nikt z nas nie jest idealny. Wszyscy popełniamy błędy. Nie mamy nawet pewności czy Bóg istnieje. Po co więc oddawać się czemuś co nie jest potwierdzone?
Jutro przyjdzie Joseph. Matka wyjechała gdzieś na dwa dni, ma wrócić dopiero pojutrze. Mój chłopak zapewnił mnie, że zaopiekuje się Johannem kiedy ja pojadę do miasta po większe zakupy dla dziecka. Poza tym, nasz syn ma też ojca.
Myśleliśmy nawet, żeby razem zamieszkać… Niestety Joseph jak na razie nie ma pieniędzy choćby na wynajem domu, a ja muszę mieć ukończone 18 lat, bo inaczej rodzice nie dadzą mi spokoju. Nie jestem nawet pewna czy po umownym wieku dorosłości podarują mi wolność.