poniedziałek, 24 września 2012

Rozdział XXV



                          - Co? Jak mam niby to zrobić?! – spytałam kompletnie oszołomiona.
                           - Wystarczy, że uwolnisz z siebie całą duszę.
Poczułam się jak na jakimś beznadziejnym filmie fantastycznym.
Uwolnić duszę? To przecież jak popełnić samobójstwo!
                           - Dobrze myślisz. O to w tym chodzi. Pamiętaj, że całej prawdy jak to masz zrobić nie mogę ci zdradzić. Dam ci tylko parę wskazówek. – uśmiechnął się mój ojciec. Mimo tego, że jest przezroczysty, jego rysy oczu, ust, uszu wyraźnie wyodrębniły się od prześwitującej skóry.
                            - To mam się zabić i jako nieśmiertelna ich pokonać? – pytam zdezorientowana. Jeszcze niedawno martwiłam się pojęciem ,, narodź się na nowo”… Ależ ja nie wiedziałam co mnie jeszcze czeka.
                            - Nie. Oczywiście, że nie. To przecież niemożliwe. – pokręcił głową. – Musisz ich pokonać poprzez uwolnienie z siebie duszy. Im jej więcej, tym większą liczbę Upadłych pokonasz.
Tak, a co jeśli nie wystarczy mi siły na wszystkich?
                            - Wtedy, odpowiedź jest prosta. Myślę, że ją znasz.
Tak, oczywiście, że znam. Jak bym nie mogła?! Jeśli mi jej nie wystarczy po prostu pokonam mniejszą liczbę Ciemnych i Czarnych Istot.
                             - Hmm. Gdybym miała pokonać wszystkich, musiałabym się zabić, prawda?
                             - Tak, córeczko. Ale niewiadomo czy będziesz silna aby starczyło ci jej na wszystkich, czy nie będziesz. Zostawmy tą kwestię.- odrzekł posmutniały. – Na pewno ci się uda. Oczywiście nie wiemy czym będziesz kiedy się odrodzisz od nowa. – uśmiechnął się. Miałam wrażenie jakby zdawał sobie sprawę co się stanie za kilka godzin. Jakby przeczuwał, że przegram. Że umrę. Dlatego też wstałam, otrzepałam spodnie z trawy, podeszłam do mego ojca i przytuliłam jego niewidzialną postać tak bym mogła go poczuć. Chociaż jako ducha.
                               - Kocham cię. – sapnęłam cicho. Wgłębił się w moje oczy i powiedział:
                               - Masz niewiele czasu, moje Jasne Światło.
                               - Chyba wolałabym być Ciemnym Światłem. Bo powiedz mi co dobrego w odstąpieniu złu miejsca na świecie? Rozumiem dlaczego tak postąpiłeś. Tylko nierozumiem czemu nie chciałeś nam tego powiedzieć…
                                - Kochanie, złamałbym zasady…
                                - Wiem, wiem ale nie mogłeś dać nam jakieś wskazówki?
Odwrócił wzrok. Odsunął o  parę kroków i odrzekł spokojnym głosem:
                                 - Lav, leć już.
Tak postąpiłam. Rozwinęłam czarne skrzydła a zadziało się to tak zupełnie jak poprzednim razem.
                   Nie wiedziałam gdzie mam się kierować. Czy do wodospadu Istot, czy na polanę. Nie wiem nawet co znaczy uwolnić duszę. Nie mam pojęcia i znów jestem bezradna.
                    Hmm…
I spełni się nieba niebieskiego słowo, razem upadną by powrócić na nowo.
Dobrze więc, razem upadną – Heath już to zrobił poprzez zabicie jednego ze swoich pobratymców.
By powrócić na nowo- to już wiem o co chodzi. Upadniemy by się odrodzić jako nowe Istoty. Lub zwykli ludzie.
Słowo nieba niebieskiego – wydaje mi się, że może to być moja rozmowa z Wodzem o Ciemnym Świetle. Powiedział, że gdybym się nim stała wszystko byłoby łatwiejsze  w pokonaniu Aarona. Oczywiście, podjęłam decyzję co zamierzam zrobić, żeby się nim stać. Chcę pokonać Aarona przez co być może sama się zabiję i wtedy odrodzimy się na nowo, bo…
Bo,
bo, no jasne!
Bo zabiję jedną z Czarnych Istot, jednego z moich braci!
Tak! Doszłam do tego. Tyle, że jak przez to stanę się Ciemnym Światłem? Jasne. Przez zabicie Złych odstąpię miejsca Dobrym. I wszystko robi się takie proste.
                        - Teraz muszę polecieć na polanę zobaczyć co u Heatha. – powiedziałam na głos. Jaki wielki błąd popełniłam.
Poczułam popchnięcie od tyłu a zaraz uderzyłam głową w ziemię. Spadłam z kilku metrów! Przez mgłę usłyszałam denerwujący i charczący głos Jerrego Corazone. Niestety nie był sam. A mianowicie dołączył do niego niejaki, umarły i poszukiwany Gave Ugly. Oczywiście jestem zdana na siebie, bo Heath mi nie pomoże.
                         - No i co dobry aniołku, znaleźliśmy cię.
Podniosłam z trudem twarz z ziemi i odrząknęłam. Z ust poleciała mi krew. Głowa strasznie bolała.
                         - Czego chcecie Upadli? – spytałam wściekła. Jednakże bałam się co mnie czeka ale nie chciałam tego pokazywać.
                         - Hmm Gave czego my chcemy? Wiesz? – spytał z sarkazmem tego drugiego. On w odpowiedzi, kopnął mnie w plecy. Ponownie uderzyłam głową o ziemię.


                           -Uwolnij duszę! Zrób to! Masz parę sekund.
Ja. Lavende Purry. Jasnowidz. Medium. Upadła. Ciemne Światło. JASNE ŚWIATŁO.  Teraz popełniam samobójstwo. Próbuję się zabić. Bo zależy mi na życiu mych najbliższych a nie tylko na swoim własnym. Staram się wydostać z siebie mą normalną Lav. Tą dziewczynę, której największym problemem była klasówka z geometrii czy zapoznanie się ze strasznym snem. Za chwilę czuję, jak wychodzi, jak przedostaje się przez moje serce w postaci ducha. Stoi teraz plecami do mnie. Widzę jej długie, za pośladki brązowe włosy, które idealnie pasowały do brązowej bluzki. Tej, którą dostałam od taty na siedemnaste urodziny. Wyciąga zaraz rękę by dotknąć jednego z Upadłych. Gdy już to zrobiła, od jednego ze złych aniołów przepłynęła fala białego strumienia. Wszystkie złe Istoty połączyły się ze sobą przez tą właśnie wyczarowaną nić.
                   Ale to nie wszystko. Serce zaczyna kłuć aż w końcu tryska z niego smuga białego, czystego anielskiego światła. Skierowana jest wprost do nieba. Tam gdzie moje miejsce. Za chwilę widzę swoją postać jako Jasne Światło. Błękitne oczy, tego samego koloru skrzydła, uśmiech na twarzy. Ona także wychodzi poza mnie i stąpa w kierunku tego samego Upadłego co normalna Lavende. Dotyka jego dłoń aż zaraz pojawia się czarna nić, która okrążyła całą polanę Złych. Zostało tylko dwóch Upadłych. Zostali ci, których znałam.
                    Ciemne Światło przeciska się przez me serce a ja stękam i wrzeszczę z bólu. Znacie uczucie ukłucia igły? To nic w porównaniu z tym co teraz czuję. To jakby przeszywanie serca. Jakby wyrwanie mi go z piersi. Ale na chwilę ból ustaje a Lavende, Ciemne Światło o czarnych i tego samego koloru oczach podbiega do dwóch pozostałych moich sobowtórów i łapie Upadłego za ramię. Nagle świat zniknął.
Kompletnie.
Pustka.
Białe światło.
Nowe życie.
Nowe przeznaczenie.
Ja jako … Światło. 





Proszę piszcie komentarze, czy podobają wam się ostatnie rozdziały czy nie. Z góry dziękuję i życzę miłego czytania. 

niedziela, 23 września 2012

Kontynuacja XXIV rozdziału :)


To trochę dziwne ale w jednym z nich byłam ja.
                           Tak ja. Lavende Purry, brązowowłosa, wysoka dziewczyna około siedemnastu lat. Tyle, że jej oczy nie były czarne. Ani białe. Po prostu naturalne. Brązowe. Kasztanowe. Jak bym była sprzed paru miesięcy. Zwykła, naturalna, a przynajmniej taka się czułam.
                             I w tej chwili zrozumiałam. Już wiem dlaczego po Upadku i narodzeniu się na nowo nie mogę być normalna. Bo to Aaron  ma tą moją część w sobie. Ma ją po to by przetrwać, by być silniejszym. A ja muszę mu to odebrać. Jak najszybciej.
                             - Lavende! – odezwałam się w kierunku mojego sobowtóra.
Spojrzała na mnie energicznie. Z oczu popłynęła łza. Po chwili wystąpiła. Wyjęła dłoń z kieszeni spodni i dotknęła mojego serca. Tak. Nie mylę się. Właśnie ją we mnie wkłada. O do licha?! Co się dzieje?
               Cześć piękna.
              Uważaj jak się przewracasz, bo wiesz to jeszcze nie koniec dnia.
              Lavende Purry? Czemu siedzisz jak ze mną rozmawiasz?
             Co za nerwuska… Nerwuska to za mało powiedziane.
             […] Bo stał przede mną chłopak ze wspomnień.
Heath Loren Baker.


                       Otworzyłam oczy. Nade mną stała masa Aniołów. Czy jestem w niebie? Tego nie wiem. Jak się nazywam?
                        - Słyszysz mnie? Lavende?! Otwórz oczy.
Ach, Lavende. Nieładne imię. Wolałabym Lav. Kto tak się dopytuje? Przecież wszystko ze mną w porządku.
                         - Lav! – ktoś wrzasnął.
Zerwałam się z zimnej ziemi. Gdy ujrzałam twarz mego ukochanego wiedziałam, że się nie udało. Nie pokonałam wszystkich.
                                 -  Żyję. Ale przed chwilą chyba straciłam pamięć.
Uklękła przy mnie Argie i powoli wypowiadała słowa:
                          - Aaron nie został pokonany. Gdy twoja dawna cząstka, ta naturalna Lav weszła w twe ciało, zniszczyłaś część Aarona. Niestety jego drugą połówką były Upadłe. Ale niestety ty ich nie pokonałaś.
                           - Więc kto? – spytałam z nadzieją. Heath zacisnął pięści i odszedł od nas parę metrów. Powoli wstałam i podbiegłam do ukochanego. Złapałam go za rękę. Na chwilę się zatrzymał lecz nie odwrócił.
                            - Lav. Zabiłem Jasną Istotę. Jestem potępiony. Upadłem.
                             - Wiem. Ale poczekaj jeszcze trochę. Nie mogę ci teraz powiedzieć co muszę zrobić, bo dobrze wiesz, co za to grozi. Z tego powodu drugi raz nie upadnę lecz zginę. Więc proszę, poczekaj na mnie.
Odwrócił się energicznie. I spojrzał na mnie żółtymi oczami. Jego twarz przepełniał grymas bólu, cierpienia, smutku… Jak długo wytrzymamy? Co nas jeszcze spotka? Czy naprawdę było to dla nas przeznaczone? Umierać? Parę razy?
                              - Poczekać na ciebie? Co to znaczy? – spytał zdziwiony.
Przytknęłam mu palec do ust tak by nie mógł nic więcej mówić.
                              - Powiedz mi tylko ile masz czasu ?
                              - Nie wiadomo. Postaram się by mój mózg nie był silniejszy ode mnie. Wszystko będzie mnie ciągnęło bym Upadł. A wiesz, że Wodospad Upadku jest niedaleko.
                              - Faktycznie. Po drugiej stronie polany.
Przytaknął.
                              - Co się stało z Aaronem?
                              - Pamiętasz jak Wódz powiedział, że Aaron to czyste zło?
                              - Tak. – powiedziałam zaciekawiona co może mi powiedzieć.
                              - Więc zło dotychczas dzieliło się na wszystkich Upadłych i niego samego. Ale po śmierci twego ojca chciał znaleźć ciebie a nie udało by mu się to gdyby nie zdobył części twojej duszy. Gdy poprosiłaś o pomoc duchy, one zabiły niestety tylko jego ciało. Lavende, ta twoja stara część weszła w ciebie natomiast Upadli nadal żyją. Gdy ich pokonasz …
                              - Zabiję Aarona.
                              - Tak. – potwierdził.
Przytuliłam go. Tak bardzo się o niego martwiłam gdy byłam w Dallas. Nie wyobrażam sobie, że mogło by go nie być.
                              - Z wzajemnością. – powiedział po cichu. Uśmiechnęłam się lekko lecz nadal z ciężkością na sercu. Nie mogę mu nic zdradzić. Nic a nic. Więc najlepiej będzie jak już stąd pójdę.
Odsunęłam się szybko i powiedziałam jednocześnie wzbijając się w górę:
                               - Daj mi trzy godziny. A już zawsze będziemy razem, ukochany. Kocham cię.
                               - Ja ciebie też.
A później leciałam w kierunku Ogrodu. Muszę porozmawiać z moim tatą. A właściwie poradzić się  jak mam zabić miliony Upadłych… 

środa, 19 września 2012

Rozdział XXIV



                  Nie miałam wyboru. Tak naprawdę nadal go nie mam. Bo wolę umrzeć niż patrzeć jak cierpi ukochana osoba. Szkoda tylko, że nie jestem pewna co robić. Miałam pewną propozycję ale niestety nikt nie jest w stanie mi odpowiedzieć czy postępuję słusznie. Muszę zachować się odwrotnie. Jak Ciemne Światło.
                  Rozwinęłam swoje czarne skrzydła i leciałam. Zapominając o mamie, Northym, o Argie o dawnej Lav… Pamiętając tylko o nim. O Lorenie. Po mojej prawej stronie widzę już pierwsze oznaki bitwy. Na pierwszy rzut oka widzę Aarona jak z zaborczością uderza skrzydłem o Wodza. Tamten nie poddaje się i walczy dalej. Ku ostatku sił znajduje jakąś jej część by móc odepchnąć Aarona na parę metrów.  Uradowana, że Wódz tak szybko przybył na miejsce przyspieszyłam. Starałam się aby wylądować koło Heatha. Niestety nie mogłam go zobaczyć. Byłam za wysoko.
                    Ostrożnie i powoli wylądowałam przy leżącej Istocie. Leżała na brzuchu więc trudno było mi stwierdzić kto to taki. Lekko odwróciłam go stopą i przeraziłam się. Jego twarz była cała we krwi i zupełnie sina. Bez wyrazu, nic nie znacząca. Ciało poturbowane, z otwartymi ranami. Uklękłam obok ukochanego i wzięłam jego twarz w dłonie. Od razu otworzył oczy. Lecz nie były takie jakie kochałam i znałam przed paroma dniami. Czyste zło, czysta żółć. Z resztą tak jak moje… Grymas twarzy mówił mi, że powinnam się odsunąć. Lecz jak mogłam to zrobić wiedząc, że może nie przeżyć ani chwili dłużej? Teraz kiedy jest nieświadomy niczego i Aaron łatwo może go zabić ja miałam się tak po prostu poddać? Przypomniałam sobie zaraz o rzeczy, którą muszę zrobić. Dlatego odeszłam od Heatha mówiąc cicho:
                        - Zaufaj mi. Będzie dobrze.
Idąc w kierunku wroga nie wiedziałam co mam kolejno robić. Czy dobro plus zło może pokonać najsilniejszego wodza Piekieł na świecie? Przecież mam tylko cząstkę Białej Istoty. Z drugiej zaś strony czy nie lepiej uratować wszystkie Istoty, w tym Heatha, Argie, Reachel… niż tylko siebie patrząc jak wszystkich, których kochałam zginą? Przez ostatni czas w moim życiu chyba dojrzałam… Wcześniej nie wyobraziłabym sobie nawet jak można kochać złego. Teraz już wiem. Doskonale. Niemal tak, że można umrzeć.
Ale czy sama miłość pokona zło?
Czy jeden Anioł pokona ich tysiące?
Jak Lavende Purry wyobraża sobie siebie samą w bitwie z Aaronem?
Szanse są zerowe. Ba! Wcale ich nie ma. Ale warto spróbować. A szczególnie dla takiej Istoty jaką jest Heath, Argie czy Reachel.
                     Znajdując się w samym środku bitwy, odepchnęłam się stopami i zawisłam w powietrzu. Me czarne skrzydła rozwinęły się a wraz z nimi moja obawa o życie. To ten moment. Jestem gotowa.
                       - Stop! – wrzasnęłam. Głos mego kiedyś melodyjnego dźwięku, dziś zabrzmiał jak dźwięk potężnego basu. Oczy Upadłych wzniosły się znad pola bitwy i skierowały złowrogo na mnie. Uczucie tego było nie do określenia. Jednocześnie strach – przed atakiem Aniołów, - radość – że jeszcze nie zaatakowali. Aaron jako ostatni zmierzył mnie wzrokiem. Nie wydał z siebie żadnego odgłosu, po prostu podbiegł do Heatha i lekko przybliżył.
Jego dotyk może niemalże zabić – słowa Lorena obudziły mnie z natłoku myśli. Gdy ujrzałam jak palce Upadłego prawie dotykają ramienia ukochanego, z całą siłą i największą prędkością wdarłam na Aarona. Uderzyłam go skrzydłem w twarz, przy czym nawet się nie przewrócił. Jednak zdziwił się z jednego prostego powodu: Nie zabił mnie. Jego dotyk nie działał na mnie tak jak na inne Anioły. To dało mi pewną przewagę podczas bitwy. Uśmiechnęłam się.
                        - Czego chcesz Jasne Światło? – spytał zdenerwowany. Ze skroni leciała mu krew.
                        - Chcę sprawiedliwości.
                        - Jak chcesz to osiągnąć?
                        - Pokonując ciebie. - uniosłam brodę. Nie mogłam dawać po sobie znaki, że się go obawiam. 
Zaśmiał się szyderczo po czym ucichnął. Odwrócił się do mnie plecami i odszedł na parę metrów. 
Nie wiedziałam co robić. Pewnie zaraz niespodziewanie zaatakuje. A ja, jak mam się bronić? Odepchnąć go rękami? Pewnie mnie od razu zabije. Podczas moich przemyśleń nie zauważyłam nawet kiedy leżałam na ziemi. Aaron siedział na mnie i próbował udusić. Szybko go z siebie zrzuciłam i teraz to ja przejęłam pałeczkę. Chwyciłam go za gardło lecz nie chcąc zabić. Po prostu starając się chwilowo unieruchomić. I co teraz? - to pytanie cały czas krążyło mi po głowie. Hmm... Może poprosić o pomoc duchy? Czy wysłuchają mnie? Kiedy wołałam je aby obronić się przed Jerrym wszystko poszło ok. No właśnie... Gdzie jest Louis? 
                      - Gdzie twój przyjaciel co Aaronku? - spytałam sarkastycznie.
                      - Tam gdzie ty najpewniej chciałabyś być. 
Prychnęłam. 
,, Duchy, pomóżcie mi. Zwołajcie wszystkich i przyjdźcie mi z pomocą. Uwolnijcie Dobre Istoty od zła i pozwólcie żyć w spokoju". - mówiłam w myślach. ,, Proszę, posłuchajcie mnie" i ,, Wypędźcie zło!".
                     Po chwili obok siebie zauważyłam niewidzialne ciało duchów. 
Uśmiechały się do mnie promiennie jednocześnie dając ogromną otuchę. Przez me ciało przepłynęła fala ciepła. Przyjemnego ognia. Dodającego power do walki. Dlatego więc wstałam, uniosłam swe dłonie do góry, zapraszając duchy  do mego ciała. Kiedy wstąpiły w moją duszę i mnie całą jednym, dużym haustem odepchnęłam Aarona. On za to rozpadł się... A raczej podzielił na parę kawałeczków. To trochę dziwne ale w jednym z nich była... 



sobota, 15 września 2012

Rozdział XXIII


                  Krew, połamane skrzydła, krzyk – trzy rzeczy, które zobaczyłem jako pierwsze. Nigdy nie zastanawiałam się jak może wyglądać bitwa… Oczywiście na historii pani nam tłumaczyła, że jest pewne pole bitwy na którym walczą rycerze. Ale ten widok, który teraz widziałam nie przypominał bitwy między państwami. To życie i śmierć. Albo przeżyć albo umrzeć.
                  Kiedy zobaczyłam Heatha jak próbuje sie bronić przed Aaronem zamarłam. Jego skrzydło było oberwane a z pleców ciekła błękitna krew. Zduszona płaczem postanowiłam, że muszę coś zrobić. Skierowałam się do Niebios. Wódz musi coś poradzić.
                  Najszybciej jak mogłam skierowałam się do Ogrodu. Nie zajęło mi to dużo czasu. Zaledwie po paru minutach stałam na początku alejki do Wodza. Stąpałam teraz stopami po asfalcie potykając się co chwila. Moje ciało jak sparaliżowane w ogóle nie chciało ze mną współpracować. Byłam w szoku. Mięśnie rąk i nóg trzęsły się jak opętane. Kiedy z ulgą zobaczyłam wodza siedzącego na tronie próbowałam przyspieszyć kroku. Niestety zajęło mi to nieco dłużej niż bym chciała.
                     - Co cię do mnie sprowadza, Lavende? – spytał gdy stanęłam przed nim.
                     - Wodzu, na polu panuje bitwa.
Jego twarz naburmuszyła się a oczy skierowały w górę.
                     - Kto ją rozpoczął?
                     - Aaron. – wyjaśniłam po cichu.
Pokręcił, zdenerwowany głową i obszedł mnie w koło.
                     - Mogłem się tego spodziewać… Dobrze. Zaraz tam przybędę. Poczekaj w górze. – po czym rozwinął swe skrzydła.
                      Ich widok sprawił, że przez chwilę przestałam się martwić. Dał mi ukojenie na poszarpane rany w moim wnętrzu. Uczucie lekkości, spokojności. Sprawiły, że mogłam przestać płakać i ,, urodzić się na nowo”. Kiedy już straciłam go z punktu widzenia, udałam się do białej róży. Wiem, że nic tam już nie będzie na mnie czekać. Lorena nie ma. Jest Heath Loren Baker. Jedna Istota. A jednak to kocham ich obu. Nie potrafię sobie wyobrazić życie z Heathem wiedząc, że kiedyś był inny. Bo przecież rozmawiałam i chodziłam tylko z jego cząstką… Tą silniejszą.
Może nawet silniejszą ode mnie.
Jak mogę sobie wytłumaczyć mój ostatni stan psychiczny? Cały czas płaczę, martwię się, nawet umieram. Nie tylko poprzez przemianę w Jasne Światło ale także moja osobowość, moja dawna Lav umiera wraz z nowymi informacjami objaśniającymi kim jestem.
          A może to wszystko nieprawda?
          Może zaraz się obudzę?
          A co jeśli tak naprawdę to sen?
          Jeśli Heath w ogóle nie istnieje a jego postać jest zwykłą, błahą zjawą?
Wariuję. Mój stan pogarsza się. Czuję, że coś we mnie pękło. Obumarło. Nieodwracalnie odeszło. Mam dość. Mam dosyć bólu. Mam dosyć życia. Umieram. Staczam się na zimny piasek przy róży. Głowa uderza mocno o ziemię. Oczy widzące jak przez mgłę zamykają się. Jedyna myśl trzyma mnie jeszcze przy życiu – Heath czuje się tak samo. Dokładnie teraz. Dokładnie w tym samym czasie co ja, umiera. A mianowicie dnia 5 maja. W nasze urodziny…


***
Heath

                Cierpi. Krzyczy. Płacze ale to nic nie daje – tak właśnie się czuje. Ona. Jego miłość na zawsze, Lavende Purry. Dziewczyna medium, Jasne Światło, jego wybranka do serca, umiera. A on nie może nic na to poradzić bo jest w tym samym stanie co ona. Wokół niego panuje bitwa. Leje się krew, lecą połamane skrzydła. Nie zwraca uwagi na otaczający lud. Myśli tylko o niej – o Lavende. Kocha ją. Miłość jest silniejsza niż śmierć – mówią ludzie. Nieprawda. Bo śmierć niszczy wszystko co się kocha. On – niby dobry Anioł zawiódł. Zabił swojego pobratymca. Nie chronił swojego wyznania. Zdradził. Sam skazał się na potępienie. Ona dobra – los wybrał dla niej niebo. Ale może tak jest lepiej? Co by było gdyby stracił ją przed swoją śmiercią? Teraz przynajmniej wie, że nikt z nich nie będzie cierpiał.
             Z drugiej zaś strony – co to jest miłość?
To wcale nie radość – teraz wcale nie czuje się radośnie.
Nie szczęście – co za szczęście pozwoliłoby umrzeć komuś kogo się kocha?
Ból – bo właśnie się tak czuje.
Śmierć – bo wraz ze śmiercią fizyczną umierają wszelkie uczucia.
Jedno wie na pewno – bo przebudzeniu będzie inny.


***
Lavende



              Otworzyłam oczy. Poczułam się inna. Jakby ktoś mnie stworzył zupełnie na nowo.
               Podniosłam się na przedramiona i ujrzałam wokół siebie stos białych piór. Spanikowana tym widokiem ostrożnie zwróciłam wzrok na swe skrzydła. Kiedy zobaczyłam, że nie są koloru białego, zamarłam.  Zamiast śnieżnego koloru znów ujrzałam czarne jak smoła skrzydła. Stałam się znów Upadłą? Jak to możliwe? Czy moim przeznaczeniem będzie zawsze Ciemne Światło? Nie chcę być Złą. Nie teraz.
                    - Wcale się nie mylisz.– usłyszałam głos zza moich pleców. Energicznie odwróciłam się do tej osoby przodem i zobaczyłam Wodza.
                    - Wodzu o co w tym wszystkim chodzi? Objaśnij mi to. Proszę. – powiedziałam głośno i pewnie. Czy naprawdę ja jedyna nie mogę znać odpowiedzi?
                    - Pamiętasz ostatnie słowa przepowiedni?
W moim mózgu automatycznie pojawił się napis na bramie. Jak to było? Skrzydła jednego zabłysną błękitnie…
                     - I spełni się nieba niebieskiego słowo,
razem upadną by powrócić na nowo. O to chodzi? – spytałam drżącym głosem.
Uśmiechnął się.
                      - Przemyśl słowa: ,, razem upadną, by powrócić na nowo”.
                  Tak więc zrobiłam. Starałam się krok po kroku analizować ten zwrot. Razem upadną: czyli najwyraźniej ja i Heath. Pamiętam, że przed zemdleniem moja myśl była taka, że Heath jest w tym samym stanie co ja. Upadną by powrócić na nowo…
                       - Chodzi o to, że póki nie wypełnimy zadania będziemy upadłymi?
                       - Niezupełnie…
 Jeszcze raz skupiłam się uważnie na tych słowach. By powrócić na nowo. Upadniemy aby później powrócić na nowo! To jest to!
                       - Jeśli wypełnimy zadanie staniemy się dobrymi?! – zapytałam entuzjastycznie. – Ale w takim razie kim jestem teraz? Jesteśmy? – wszystko może zaczynało nabierać sensu ale…
                       - Bez różnicy jakie macie skrzydła czy oczy, nadal jesteście Upadłymi. Twoje narodzenie nie poszło prawidłowo. Co prawda stałaś się Jasnym Światłem lecz jako Czarna Istota.  Wyjątek. O białych skrzydłach i takich samym oczach. Heathowi skrzydła zabłysły błękitnie… Lecz to nie zmienia rzeczy, że jest Ciemną Istotą.
                        - Wiedziałeś o tym?
Zacisnął pięści.
                         - Tak.
Naburmuszona tą całą plątaniną wstałam i powiedziałam mocnym i przekonującym głosem:
                          - Żądam abyś powiedział mi co mam robić.
Zaskoczony moimi słowami ukrył twarz w dłoniach i głośno westchnął.
                           - Jeśli właśnie w tej chwili nie wygrasz bitwy, na zawsze staniesz się Upadłą wraz z Heathem. A jeśli…
                           - Jeśli przezwyciężymy Aarona, staniemy się całkowicie Istotami Jasności, prawda? – dokończyłam.
                           - Zgadza się.
                           - Ale co znaczy Upadną? I to razem?
                           - Loren już to zrobił. Zabił jednego ze swoich, lecz całkiem nieświadomie. Teraz twoja kolej. Resztę musisz domyślić się sama.
Bez zastanowienie wzbiłam się w górę.
                    Muszę poukładać sobie to wszystko w głowie. Po pierwsze: Jasne Światło ma odstąpić miejsca Złym i ratować Dobrych. Ciemne Światło czyli przepędzenie Złych do Piekła i odstąpienie miejsca na ziemi Dobrym. Po drugie: Uratowałam już Aniołów z niewoli. Więc teraz panuje bitwa. By mogła się potoczyć oni musieli zadać pierwszy cios. Jeśli nie wypełnię zadania i nie wygram jej, stanę się w całości Czarną Istotą. Oczywiście już Upadłam ale nadal mam w sobie coś dobrego… Heath teraz prawdopodobnie łudzi się o co w tym wszystkim chodzi. Powracając do tematu – po wygraniu bitwy, narodzimy się na nowo jako całkowicie dobrzy. To skomplikowane.
Przypomniałam sobie nagle słowa Wodza, kiedy po raz pierwszy odwiedziłam Niebiosa. Powiedział, że gdybym stała się Ciemnym Światłem bez problemu mogłabym usunąć Złych ze świata. Cena by była taka, że stałabym się Czarną Istotą. A ja tego nie chcę. Ale może muszę to zrobić? Może lepiej by było uratować masę Istot niż tylko parę osób? Tylko jak tego dokonać?  No jasne. Wiem.


Przepraszam, że tak długo nie dodawałam nowego rozdziału lecz kompletnie zabrakło mi czasu. 

niedziela, 2 września 2012

Rozdział XXII


                   - Musimy coś ustalić. – zaczął Heath. Wódz Niebios znowu zaczął mówić. Zatrzymał czas tylko na pół godziny więc wszystko już wróciło do normy.
Jasnowłosa, Jasna Istota cały czas wymądrzała się swoimi pomysłami. Denerwowała mnie. Ale jako Jasne Światło muszę zachować zimną krew.
                  - Wiesz, jak ci na imię? – spytała. Na początku nie bardzo wiedziałam czy patrzy na mnie czy na mojego chłopaka. Wkrótce ktoś szepnął, że to do mnie.
                  - Lavende. Ale lubię jak mówią do mnie Lav.
Pokiwała głową po czym znów zajęła się oglądaniem swoich paznokci.
                  - O której ma to się zacząć?- spytał z oddali jakiś brunet. Miał na oko dwadzieścia lat. Był nawet przystojny.
                  - Niby o szóstej na polanie, ale musimy tam się zjawić godzinę wcześniej. Dzisiaj nocujemy tutaj. Aha i jeszcze jedno. Nie próbujcie nas wystawić. – powiedział Heath.
                  - Kiedy mnie wypuścisz Aniołku? – spytał z oddali dziewczęcy głos. Nie musiałam wstawać, żeby zobaczyć kogo to głos. Argie.
                  - Gdy uświadomisz sobie, że jesteś dobra. – odpowiedziałam patrząc w jej żółte oczy.
                  - Jestem Upadłą, złamałam prawa. Nie jestem dobra.
Pokręciłam przecząco głową. Owszem może i Upadła ale nadal ma dobre serce! Wierzę w to.
                  - Argie pamiętasz wieczór w, którym u ciebie nocowałam?
Ujrzałam w jej oczach przemianę. Z żółtego stały się z powrotem błękitne. Ale była to tylko krótka chwila.
                  - Tak. Ale to nic nie znaczy. – podkreśliła. Chyba muszę poprosić wodza o pomoc. Chociaż prosiłam go, żeby oczyścił Argie. Może poczekać?
                 - Co mamy ustalać? – spytała ponownie blondynka.
                 - Nie atakujemy pierwsi. – odrzekłam. Wszyscy zwrócili na mnie wzrok. – Musimy poczekać aż to oni zaczną atak, jasne?
Uśmiechnęłam się na widok, że każdy Anioł zgadza się ze mną.
Wszyscy oprócz jednej osoby. Oprócz Argie.
                 - Pójdziecie gdzieś z Heathem? Ja chcę porozmawiać z moją przyjaciółką. – oznajmiłam głośno. Za chwilę każdy rozłożył skrzydła i odlecieli. Pozostałam tylko ja i Argie.
                 - Nadal chcesz udawać złą? Wiem, że jest coś w tobie dobrego. Kocham cię wiesz?  - spojrzałam jej w oczy, mając nadzieję, że mnie zrozumie. Nic nie odpowiedziała bo jej ciało nagle i gwałtownie wzniosło się do Nieba. Było tak jak z Heathem. Przeistaczała się. Z jednej strony czułam ulgę. Jej oczy zmieniały kolor na błękitny. Z drugiej strony zaś nie wiedziałam jak mam się zachować. Owszem cieszyłam się, że moja przyjaciółka przechodzi na dobrą stronę ale jak będzie wyglądać nasze życie? Oczywiście wiem, że nie będzie tak jak kiedyś, bo będzie zupełnie inaczej.
                   Gdy ujrzałam, że zamiast strasznych i czarnych piór wyrastają błękitne jak u Heatha rozpromieniona zaczęłam chodzić wokół przyjaciółki. Po paru sekundach upadła na ziemię. Jej ciało oblężone było czarnymi piórami. Strzepałam je z niej i powiedziałam:
                    - Jak się czujesz?
Otworzyła lekko oczy i cichym, niemalże niesłyszalnym szeptem wymamrotała:
                    - Wody…
I skąd ja mam wziąć jej picie? Przecież nie ma tu jakiegoś sklepu, prawda?
                    - Argie, przykro mi ale nie mogę ci jej dać…
Nagle wybuchnęła niepohamowanym śmiechem.
                    - Haha. Nabrałaś się. Wody, wody. – wydukała śmiesznie.
Leciutko ją pchnęłam. Przyjaciółka odpowiedziała mi tym samym.
                    - No i to rozumiem. Błękitne piórka. Wypas. Jestem Jasną Istotą, prawda?
                    - Tak, aniołku, jesteś Jasną Istotą. – wyszczerzyłam zęby. – Będziesz z nami walczyć no nie?
                    - Jasne. Jak nauczycie mnie z Heathem tego używać… - pokazała na skrzydła. Jeszcze tak niedawno sama nie wiedziałam jak zacząć latać.
                    - To takie proste. Jak będziesz chciała rozwinąć skrzydła to po prostu sobie to wyobraź. Tak samo zrób z lataniem.
                    - Mam sobie to wyobrazić i już? Żartujesz? – powiedziała sarkastycznie wstając z ziemi. Otrzepała trawę z nogawek swoich spodni i zamknęła oczy. Po jej twarzy poznałam, że koncentruje się na lataniu. Za chwilę zobaczyłam jak jej stopy unoszą się od powierzchni ziemi a Argie wzbija się w górę.
                    - Faktycznie jest tak jak mówiłaś. Ale ekstra! Widzę jak Heath z kimś walczy, Haha!
Co? Heath z kimś walczy?
                    - Argie! Czekaj! – rozwinęłam swoje białe skrzydła i dołączyłam do przyjaciółki.
                   Na polanie gdzie wydarzyło się tyle między mną a Heathem trwała bijatyka. Pełno Aniołów, Upadłych… Istoty po kolei odlatywały, przywołując pomoc. Z tamtego miejsca słychać było odgłosy walki. Jęki, piski, krzyki… Po chwili ujrzałam mego Heatha jak z zadziornością walczy z jakimś Upadłym. Musimy im pomóc.
                    - Lecimy tam! – wykrzyknęłam.
                    - Dobra. – i po słowie wypowiedzianym przez Argie coś wybuchło. O mało co a byśmy wylądowały ze złamanymi skrzydłami z powrotem w Ogrodzie. Dziwne było to, że nie widziałam żadnego ognia…
                    - To ze świata dnia! Nadchodzi apokalipsa! – zaczęła panikować moja towarzyszka.
Pokręciłam stanowczo głową. I co mam zrobić?! Na świecie dnia jest moja mama i pies. Jeśli ich nie uratuję, zginą. Zaś na polanie o śmierć i życie walczy Heath. Rozdwojona myślami i ciężarem postanowiłam, że przyprowadzę Reachel i Northiego tutaj. Schronię ich w Ogrodzie. Nie domyślą się, że są gdzieś poza światem. Tylko, żebym zdążyła.
                    - Argie! – krzyknęłam po kolejnym buchnięciu. – Leć do Heatha! Ja muszę uratować mamę i psa.
                    - Psa? Ty masz jakieś zwierzę?! – spytała zupełnie spokojnie. Do licha, panuje koniec świata a ona jeszcze tutaj jest?
                    - Leć! – rozkazałam. Za chwilę odwróciła się do mnie plecami i skierowała się ku polanie.
                    Zaczęłam płakać. Nie wybaczę sobie jeśli Reachel coś się stanie. To moja jedyna rodzina… To moja mama! Czemu to nadeszło teraz? Nie jutro? Czemu?! Może Aaron specjalnie to zaplanował? Może chciał doprowadzić do takiej sytuacji w której teraz się znajduję? Spanikowana i naburmuszona leciałam. Przyspieszałam tempa gdy miałam otwartą przestrzeń. Wkrótce zobaczyłam bramę. Wylądowałam na kuckach i pociągnęłam za klamkę. Nie chciała się otworzyć. Do licha! – krzyknęłam na głos. Przestraszone ptaki zaczęły z nikąd wlatywać do tej krainy. Zdałam sobie sprawę, że coś przeoczyłam. Ponownie wzbiłam się w górę i ujrzałam maleńką dziurkę. W której prześwitywały promienie słońca. Zbliżyłam się do niej i próbowałam rozsunąć. Okazało się, że ściana jest zbudowana z twardej gliny, więc użyłam największej siły jaką mam i rozsunęłam dziurę. Teraz można było swobodnie przez nią przejść. Kiedy wleciałam do Dallas otępiałam. Wszędzie rozwalone budynki. Z każdym wybuchem leciały jak kostki domino. Ziemia zaczęła się rozstępować a z oddali ujrzałam  falę tsunami. To takie straszne! Nie zastanawiając się czy może mi się coś stać, skierowałam się na ulicę Glower Street.  Z biegiem czasu wybuchy były coraz większe i głośniejsze. Jestem jeszcze daleko. Nagle obok mnie wybuchł jakiś budynek. W moich uszach zadźwięczał nieskazitelnie wyraźny pisk a siła ognia odrzuciła mnie wprost pod czyjś dom. Spojrzałam w górę i zobaczyłam dom Davida. Spanikowana i zapłakana wbiegłam do domu wrzeszcząc:
                             - Dev! Jesteś?!
Ktoś zszedł równym i spokojnym krokiem z drugiego piętra. Spojrzałam na twarz tej osoby i dostrzegłam w moim przyjacielu szok.
                              - Lav, ty, ty żyjesz? – zaczął nerwowo płakać.
                              - Dev, żyję. Ale lepiej spójrz przez okno,
 Zrobił zdziwioną minę i zrobił tak jak kazałam. Patrzył się przez minutę i zapytał:
                              - Co miałem zobaczyć?!
                              - Jest koniec świata! – wybuchłam.
                              - Co? Ja tu nic nie widzę.
Podeszłam do drugiego okna i odsłoniłam firankę. Fala tsunami była coraz bliżej. A może to Aaron stoi za tym? Ogień, woda, powietrze… Upadek! Chce wszystkich ludzi przemienić w Upadłych!
                       - Dev wskakuj mi na plecy!
                       - Ale nie wiem czy ty żyjesz! – krzyknął.
                       - Żyję. Rób co każę. – zrobił to. Kopniakiem otworzyłam drzwi i wyleciałam z jego domu.
                       - Woooowww! – wrzeszczał na głos. – To niesamowite. Jak ty to zrobiłaś?
                       - Jestem Aniołem.
 Po tych słowach ucichł. Po drodze zabrałam też Vee. Odstawiłam ich na cmentarzu i nakazałam by przeszli przez bramę. Wracając krzyknęłam do ludzi:
                       - Uciekajcie na cmentarz! Tam będzie brama! – oczywiście patrzyli na mnie jak na nienormalną. Kto o zdrowych zmysłach jest w powietrzu i w biały dzień krzyczy, że jest koniec świata? – Nadchodzi apokalipsa! – po tych słowach dzieci zaczęły piszczeć i krzyczeć oraz błagać rodziców by poszli tam gdzie każę. Część ludzi zostało w miejscu nie przejmując się mną, natomiast większość uciekała na cmentarz. Nieco uspokojona doleciałam do mojego domu. Szybkim krokiem wbiegłam po schodkach i zawołałam:
                         - Mamo, Northy! Do salonu! – pierwszy wbiegł uradowany pies. Wskoczył mi na ręce. Za nim ujrzałam Reachel.
                         - Lav…
                         - Złap się mocno za moje plecy.
                         - Co?
                         - Nie każ mi odpowiadać. Zrób to!
Przestraszona obeszła mnie do tyłu. Zrobiła to co każę aż w końcu wylecieliśmy z Glower Street.
                         - Córeczko gdzie jesteśmy? – spytała gdy prawie wylądowałam na cmentarzu.
                         - W Dallas.
                         - Ale, jak my lecimy?
                         - Jestem Aniołem. O nic więcej nie pytaj.
Zatrzymałam się przed samą bramą. Kiedy chciałam ostatni raz krzyknąć do ludzi, ogromna fala tsunami zbliżała się do Reachel.
                         - Nieeee!!! – wrzasnęłam. Mama spanikowana wpadła na bramę po czym ją otworzyła. Ludzie zaczęli się przepychać. Kiedy już wszyscy byli w środku ostatni raz pomyślałam czy o nikim nie zapomniałam. Niestety tylko tyle mogę uratować. Czeka na mnie Heath.
                        - Co się dzieje? – spytała piskliwie jakaś mała dziewczynka. Jej brązowe włoski i niezwykle błękitne oczy przypominały mnie z dzieciństwa.
                        - Jest koniec świata. – wyjaśniłam.
                        - Ale my nic nie widzieliśmy. – powiedział starszy mężczyzna.
                        - Owszem ale nie wiedzielibyście nawet kiedy Upadniecie. – wyszeptałam. – Chodźcie za mną.
Prowadziłam ich przez pole. Z daleka słychać było odgłosy straszliwej walki. Bałam się o Heatha. Straszliwie.
              Po trzydziestu minutach byliśmy w Ogrodzie. Ludzie pytali gdzie są, co się z nimi stanie. Niestety nie potrafiłam im odpowiedzieć. Nie mogłam zdradzić. Teraz wiem jak czuł się Heath.
Po krótkim pożegnaniu z Vee, Davidem i Reachel wyszłam z Ogrodu. Wzbiłam się w powietrze i skierowałam na bitwę. Życia i śmierci…

sobota, 1 września 2012

Rozdział XXI


                Głęboko patrząc mi w oczy, wyciągnął swoją prawą dłoń sugerując, że powinnam ją uściskać. Ku jego niezadowoleniu wycofałam się o krok i wymownie dałam mu znak, że nie przywitam się z nim tak jakby chciał.
                 - No cóż. Nie przychodzisz w pokoju. – stwierdził.
Uśmiechnęłam się złośliwie i odpowiedziałam:
                 - Nie wypełnię zadania. – na dźwięk mojego głosu, Aaron spojrzał podejrzliwie na Heatha i odrzekł:
                 - Czy ty nie powinieneś być tam? – wskazał ręką na miejsce pracy niewolników. Heath dał mi do zrozumienia, że nigdzie się nie ruszy więc ja zaczęłam przemawiać do Upadłego:
                 - Drogi Aaronie, Heath nigdzie nie odejdzie bo nie jest niewolnikiem. Ani twoim, ani nikogo. Przybyłam tu by sprzeciwić się twoim rozkazom i mojemu zadaniu. Nie zaprowadzę Dobrych Aniołów do Piekła byście wy mogli zawładnąć światem!
Zdziwiony Aaron odwrócił się do nas plecami i powiedział cicho:
                 - Chodźcie ze mną. Musimy ustalić szczegóły.
Prowadził nas do ciemnego pomieszczenia, w którym nie mogłam dojrzeć nic innego jak tylko czarne biurko i komputer. Komputer?! Po co im tutaj? To naprawdę dziwne miejsce. Dziwne i przerażające. Szłam wciąż prosto aż w końcu przeszliśmy do jego pokoju. Pokazał nam gdzie możemy stanąć, nie było na czym usiąść, bo czym spojrzał na nas wymownie i proponował byśmy powiedzieli resztę. A raczej ja powiedziała.
                 - Wiem, że kazałeś zabić mojego ojca za to, że nie wypełnił zadania. I jestem pewna, że będziesz próbował to samo zrobić ze mną. Więc jestem gotowa. Mogę z tobą walczyć. Ale jeśli cię pokonam, i resztę twoich fatałaszków to odstępujesz nam miejsce na ziemi! Wy przestajecie istnieć…
                 - Co jeśli wygram bo to jest najbardziej prawdopodobne? – spytał zgorzkniały.
                 - Wtedy ja robię ci miejsce na ziemi.
Obejrzał Heatha i odrzekł w jego kierunku:
                 - Jesteś Upadłym. Walczysz z nami.
Loren pokręcił głową i jednoznacznie powiedział:
                 - Nie.
Oburzony Aaron, rozwinął swe piekielnie czarne skrzydła i wzniósł się nad nami a następnie stanął na ziemi i w trakcie opuszczania pomieszczenia odpowiedział na słowa mojego chłopaka.
                  - Jutro o szóstej. Na polanie w Krainie Istot. Nie spóźnijcie się. Aha i radzę wam już się pożegnać z rodziną. – po czym zniknął. Spojrzałam otępiała na Heatha i zabrakło mi słów. Dopiero teraz, w tym właśnie momencie uświadomiłam sobie, że nie dam rady. Ile jego niewolników będzie walczyć? Ile Upadłych? Czy trzyosobowa armia wystarczy na ich miliony? Czy naprawdę to jest takie trudne? Jak długo to będzie trwało? Może rok, parę miesięcy, tydzień? A co jeśli nie będzie trwała nawet sekundy. Bo nie wierzę, żeby grupka dobrych Aniołów pokonała wielo tysięczną armię Ciemnych i Czarnych Istot. Po prostu nie wierzę…
                   - Mam plan. – powiedział w końcu Heath. Potrząsnął mną abym się obudziła z moich przemyśleń i zaczęła racjonalnie myśleć.
                   - Jaki? – odrząknęłam. Nie miałam czasu na jakieś wymysły Heatha… Muszę coś zrobić. Coś poradzić. Tylko nie wiem jeszcze co.
                   - Idźmy do Niebios.
Wstrząśnięta jego słowami spojrzałam zdziwiona na jego twarz, która pozostała nawet nie drgnięta.
                   - Zwariowałeś? Padło ci na mózg? Nie możemy! – wykrztusiłam słyszalnie. Teraz to on prychnął po czym wziął moją dłoń i wyprowadził z tego okrutnego miejsca.
                   - Słuchaj. A co jeśli teraz wyprowadzisz Jasne i Białe Istoty z Piekła? Co jeśli je uwolnisz? Będziesz miała więcej istot do walki! Tylko musisz mieć pozwolenie od Niebios.
Mówił śmiertelnie poważnie. Tak wskazywała jego mina, oczy, postawa ciała, nawet ton głosu. Faktem jest, że gadał też prawdę. To jedyne rozwiązanie. Tylko jak mogłabym to zrobić?!
                   - Jak? – zdołałam tylko powiedzieć.
Uśmiechnął się do mnie gdy już byliśmy na polanie. Spojrzałam na otaczającą nas Krainę i marzyłam by powtórzył się dzień w którym jeszcze o niczym nie wiedziałam. Jak mogłam być tak uparta, żeby chcieć tak bardzo poznać prawdę? Tak wiele bym teraz zmieniła… Może mogłabym uratować mojego ojca?
                  - Zaprowadź mnie tam. Teraz. – bez odpowiedzi ponownie wędrowaliśmy po polanie. Przypomniałam sobie obrazy z wizji i mojego narodzenia. Góry, wzgórza, pagórki wszystkie coraz wyżej. Wspinanie się po nich by w końcu poddać się i upaść. Skoczyć. Zabić. Przestać wierzyć. Płonąć. Drżeć, aż narodzić się na nowo.
                  - Wiesz gdzie jest to miejsce? Już tam byłaś.
Pokręciłam przecząco głową.
                  - To w ogrójcu.
Lekko zarumieniona, że powiedział do mnie w taki sposób zdałam sobie sprawę co miał na myśli. Loren wspomniał, że w Niebiosach będzie czekać na mnie pewien Anioł, który przyprowadzi nas do wodza. Wiem kogo zobaczyłam, jak tylko weszłam do Ogrodu Istot. Ivan Purry – mój ojciec. Pomocnik wodza. Służba Nieba.
                  Stanęłam w miejscu chwiejąc się na nogach i próbując dojść do siebie. Z moich oczu, zaczęły skapywać łzy. Czy tak wiele muszę przechodzić? Czemu ta głupia, ukryta kamera nie może przestać nagrywać?
                    - Czy on? – wydukałam powoli z żalem, że mogę tak obdarzyć mego ojca. Płaczem. Nie zasłużył na to. Powinnam się cieszyć i skakać z radości. Tyle, że ja już boję się cieszyć. Wolę zanurzyć się w smutku i niepewności by potem znowu być przygotowanym na najgorsze.
                    - Tak. Jest asystentem wodza. – przystanął koło mnie i odwrócił się tak by spojrzeć mi w zapłakane oczy. Nachylił się powoli i obdarował pocałunkiem. Staliśmy się jednością. Ciałem, które zostało stworzone by być jednym.
                    - Musimy iść. – oderwałam się od niego i sama zaczęłam iść. Nie potrzebuję przewodnika. Znam to miejsce tak jak swój dom. Byłam tam tylko raz ale zapamiętam go na wieki. Przez piętnaście minut wolnego marszu jesteśmy już na miejscu. Widzę ładnie, oświetlone wejście do ogrodu po czym przez nie przechodzę. Przy białej róży stoi mój ojciec. Uśmiecha się promiennie na mój widok i wymawia słowa:
                    - Zaprowadzę was do mego wodza. – skłonił się i prowadził w kierunku zielonego raju.
                    Wszędzie było tak pięknie. Ale co się dziwić skoro znajdowałam się w niebie?! Wszędzie białe kwiaty. Róże, niezapominajki, tulipany. Wiem, to jest nierealne ale mówię to co widzę. Zakochałam się w tym miejscu. Mam ochotę tu zostać i zapomnieć o problemach, które otaczają mnie poza Niebiosami. Błahe wyobrażenia jak to miejsce może wyglądać nie liczyły się z prawdą. Wcale nie ma chmur, aniołów z harfami. To raj. Raj, który jest cały biały i błękitny. Choć przepełniają go zimne kolory to atmosfera jest w nim ciepła i naprawdę piękna. Chciałabym tu przyprowadzić Reachel, Northiego. Wszystkich, których kocham. Ale tak się stanie. Jak uwolnię Dobrych Aniołów. Oczywiście, muszę też wygrać. Z Aaronem. A to będzie bardzo trudne zadanie.
                      - Teraz idźcie do przodu tą alejką aż w końcu zauważycie tron. Na nim będzie siedział Ten kogo szukacie. – ucałował mnie w policzek i odszedł ku Ogrodowi.
                   Przed nami ciągła się dróżka. Przysypana białym piaskiem i oświetlona żółtym światłem wyglądała jak zaśnieżona. Obok niej stały choinki. Także miały na sobie coś białego. Gdybym nie wierzyła w to, że tu jestem pomyślałabym, że zima zastała nas o wiele wcześniej.
Idąc szybkim, zdenerwowanym krokiem pierwsza zobaczyłam tron. Również śnieżny, ogromny i fascynujący stał na podeście. Na początku nie zauważyłam wodza, który na nim przesiadywał. Dopiero po paru minutach zbliżania się do niego mogłam dostrzec jego mizerną, wychudzoną twarz. Usta miał wygięte w prawdziwym, przyjacielskim uśmiechu. Siwy brodacz wstał i skinął mi głową po czym pierwszy zaczął przemawiać. Nie spodziewałam się, że jego ton głosu może być tak ukajający i uspokajający. Odpłynęłam. Poczułam, że zastał mnie spokój.
                      - Jasne Światło. Córko mego strażnika. Jak miło cię ujrzeć w moim królestwie. – skłonił się nisko. Do oczu napłynęły mi łzy. Nie, nie pozwolę sobie płakać jeszcze raz w tym dniu.
                       - Wodzu Niebios. Przybywam byś dał mi zgodę na uwolnienie Białych i  Jasnych Istot spod władzy i niewoli Aarona. Przywódcy Piekieł.
Starszy człowiek spojrzał się na mnie otępiały. Na jego ciele mogłam dostrzec drgawki.
                       - Nigdy nie wymawiaj jego imienia. Nie w Niebiosach.
                       - Bardzo przepraszam. Pierwszy raz jestem w tak pięknym miejscu jak ten.
Uśmiechnął  się ponownie i podszedł do nas bliżej. Właśnie, Heath tu w ogóle jest? Odwróciłam się by móc go zobaczyć ale przerażana dostrzegłam, że go tu nie ma.
                       - Został tam. – pokazał Ogród. – To miłe, że dostrzegasz w tym miejscu piękno. Wiele Istot ocenia je jako zimne i nieprzyjemne.
Podniosłam zdziwiona brwi. Jak można tak pomyśleć? Przecież to istne piękno.
                       - Nigdy bym tak nie pomyślała. – wydukałam szczerze.
                       - Mylisz się. – zwróciłam wzrok na jego oczy. Koloru jasnego błękitu, przypominały mi moje kiedy miałam 5 lat.  – Gdybyś przyszła tu przed Upadkiem, jako Ciemne Światło nie powiedziałabyś tak.
Pokręciłam głową.
                        - Byłam w tej Krainie jako Czarna Istota. Podobało mi się tak jak teraz.
                        - Owszem, w Krainie byłaś. Ale w Niebiosach nie. Prawda?
Przypomniałam sobie bieg wydarzeń z tamtego życia. Faktycznie, nie byłam w Ogrójcu.
                       - Tak. Masz racje. – przyznałam.
                       - Wiem o co chcesz mnie prosić, Jasne Światło.
Podał mi dłoń. Chwyciłam ją a moje ciało przeszedł dreszcz.
                       - Chcesz uwolnić Istoty Jasne  i Białe spod niewoli mego wroga. Pozwolę ci na to. Lecz musisz wiedzieć, że nie dam ci zgody na wojnę. Istoty Niebios nie są stworzone by zabijać, lecz by chronić.
                      - Nawet złych?
                      - Tak.
                      - Ale jeśli uwolnię Dobrych, to pozostawię świat na ich obecność, prawda?
                      - Jeśli mówisz o Aniołach w niewoli to nie. Gdybyś zapragnęła przeprowadzić tych ze świata, owszem.
Zrozumiałam. Jeszcze nie wszystko stracone.
                       - Ale w takim razie… Zło nadal by istniało.
                       - Na świecie musi być równowaga. Zło i Dobro. Zdrowie i Choroba. Szczęście i nieszczęście.
                       - Tyle, że to nic by nie dało. Co z tego, że uwolnię Dobre Anioły? Jeśli na ziemi będą istniały Złe?
Pokazał ręką bym podeszła z nim do tronu.
                       - Gdybyś stała się na nowo Ciemnym Światłem, mogłabyś wyprowadzić je do Piekła. Wtedy nie dręczyły by na ziemi. Cena jest jednak taka, że musiałabyś stać się Czarną Istotą.
                       - To wykluczone. Chcę być dobrą. Chcę być Jasnym Światłem. – oznajmiłam. Brodacz spojrzał na moje oczy i wymówił kolejne słowa:
                       - Musisz poczekać aż to oni pierwsi zaatakują. Wtedy pozwalam na walkę. Jednakże, wy poczekajcie. Nie atakujcie pierwsi. Co mogę dla ciebie zrobić?
                       - Uwolnij Argie z roli potępionej i pozwól mi przeprowadzić Dobre Anioły.
                       - Potrzebujesz armii, prawda? – spytał podnosząc brew. Uśmiechnęłam się szczerze i wyjąkałam nieśmiale:
                      - Tak.  
Odwrócił się plecami i zaczął szeptać. Do końca nie wiem, czy do mnie, czy do siebie.
                               Jasne Światło ale jak jasne. Ciemne Światło ale jak ciemne. Zatrzymaj czas na to by uwolnić mogła. Dobre Anioły od niewoli zła.

Podczas gdy wypowiadał te słowa, przypomniałam sobie pewną rzecz. Heath jest strażnikiem czasu. Mógłby go zatrzymać!
                     - Wodzu! – powiedziałam gdy przestał mówić. Zauważyłam, że nie rusza się. Usta miał otwarte a ciało nawet nie drgające. Wszystko ustało. Cichy, ciepły wiatr. Moje włosy, które latały na wszystkie strony. Jestem w czasoprzestrzeni. Mam czas.
                Biegnę alejką i szukam wyjścia. Patrzę się po wszystkich stronach czy aby na pewno nie pominęłam jakiejś bramy, która wyprowadziła by mnie z Niebios. Niestety nic nie dostrzegam. Wiem, że jedyne wyjście znajduje się w Ogrójcu. Kiedy widzę już nieruchomego mojego ojca, biorę Heatha za rękę. Z bólem dostrzegam, że on także się nie rusza. Muszę iść sama.
Wybiegam zdołowana i zapłakana z Ogrodu. Rozglądam się w prawo i w lewo i stwierdzam, że muszę biec w kierunku polany. Moje stopy powoli odmawiają ruchu ale zmuszam je by w końcu zaczęły biec. Niestety, długo nie wytrzymały. Po paru sekundach świat zaczął wirować a ja upadam na podłogę. Nieprzytomna i sparaliżowana próbuję coś zrobić.  Wyobrażam sobie Heatha, który rozwija skrzydła. Dotyk jego piór. Takie miękkie, przyjemne, lekkie. Po chwili odczuwam, że coś pode mną rośnie. Wkrótce patrzę oczami w bok i widzę coś białego. Śnieżnego. To moje skrzydła! Ale cóż mi z nich kiedy nie wiem jak polecieć? Jeśli moje wyobrażenia spowodowały, że wykorzystuję swoje przywileje jako Anioł to co jeśli mogę także wyobrazić sobie jak latam ? Próbuję zobaczyć Heatha i mnie jak w piątkowy wieczór wznosimy się w górę  i szybujemy w powietrzu. Czujemy się wolni, potrzebni i swoi. Wkrótce ja także tak się czuję i zanim dostrzegam, że już nie leżę na ziemi, lecę. Kieruję się ku czarnej grocie w której tak samo jak wszystko inne stanęło w miejscu. Muszę się spieszyć, bo nie mam pojęcia kiedy wszystko wróci do normy. Kiedy lecę już jakieś pięć minut zatrzymuję się przed grotą i spokojnym lecz szybkim krokiem wchodzę środka. Czarno i nieprzyjemnie. Nie można tego porównać z Niebem. Rozglądam się na boki aż widzę pomieszczenie harujących Jasnych i Białych Istot. Biegiem tam wchodzę i dostrzegam, że Anioły, które chcę uwolnić się poruszają.
                     - Słuchajcie. Chodźcie ze mną. Jestem Jasne Światło i chcę was uwolnić! – spojrzały po sobie aż w końcu uśmiechnęły się niepewnie w moim kierunku.
                     - Jak chcesz to zrobić? – spytała jasnowłosa Anielica.
                     - Czas został zatrzymany przez samego Wodza Nieba.
Uszczęśliwione Istoty zaczęły przepychać się do wyjścia. – Kiedy już wyjdziecie, polećcie na polanę. Tam się spotkamy! – zawołałam za nimi.
Posprawdzałam jeszcze inne pomieszczenia i żadnego śladu po Argie. Może odleciała z resztą Aniołów? Nie! Przecież ona jest Upadłą!
Zdenerwowana przeszukuję całą grotę oprócz pokoju Aarona. Boję się tam wejść. To tam może być moja przyjaciółka. Lecz co jeśli, Aaron normalnie żyje i się porusza? Wchodzę po paru minutach do środka i widzę stojącą Argie przed biurkiem Aarona. Chwytam ją za rękę i ciągnę po ziemi byśmy mogły w końcu wyjść. Lecz po chwili rozwijam skrzydła i unoszę się w powietrzu razem z przyjaciółką. Wylatujemy z groty i kierujemy się ku polanie. Kiedy widzę stado Jasnych i Białych Aniołów uspokajam się z myślą, że mam z kim walczyć. Ląduję z Argie na łące i przemawiam do mojej armii:
                    - Jutro, jeśli chcecie być wolni musicie stoczyć ze mną bitwę!
Krzyczą chórem:
                   - Będziemy walczyć!
Uśmiechnięta i pocieszona, że mam wsparcie, razem z Aniołami udaliśmy się do Ogrodu.  
                   


Jak podobał wam się?