poniedziałek, 14 września 2015

Dawno niepojawiające się kolejne fragmenty

              Grudzień 1828r.



Stałam przed lustrem i patrzyłam na siebie z obrzydzeniem.  Niedawno zaczęłam zauważać, że przybieram na wadze. Twarz stała się pulchniejsza, nogi nie były już tak szczupłe i długie, a w brzuch stał się okrąglejszy. Podejrzewałam  najgorsze. Nie chciałam dopuszczać do myśli fakt, iż mogę być w ciąży z własnym synem.
Johann nie dowiedział się o swoim pochodzeniu. Nadal mnie kochał, spał ze mną i obiecywał że jeśli tylko pozwolę mu wyjść z domu i poszukać pracy to wynajmie nowy dom. Wszystko składało się w piękną, harmonijną całość. Miałam u boku wspaniałego mężczyznę, spodziewam się dziecka a w najbliższym czasie zamieszkamy rodziną w nowym domu. Mało kto ma szansę na rozpoczęcie tak wspaniałego życia. Problem i sęk sprawy polegał na tym, że owy mężczyzna był moim synem i to on jest ojcem dziecka.
Najzabawniejszy był fakt, że jedyną osobą, którą nienawidziłam w tamtej chwili nie byłam ja ale zarodek rozwijający się w moim  brzuchu. Czułam do niego obrzydzenie, bałam się momentu, w którym będę musiała spojrzeć mu w oczy. Zobaczę w nich tamtą chwilę, gdy oddałam się całkowicie Johannowi. Ujrzę piętno pożądania i co najgorsze, zło, które nie opuści mnie już do końca egzystencji.




                                 wrzesień 1829r., 1830r.



Ciąża przebiegała dość boleśnie a termin porodu znacznie się opóźnił. Johann dbał o mnie jak tylko potrafił najlepiej, w dodatku znalazł pewną posiadłość, niedawno wybudowaną na wyspie Santa Barbara. Postanowiliśmy ukryć naszą prawdziwą tożsamość, nie wtrącać się w życie duchów, nie chodzić do Kościoła, gdyż wszystko to mogłoby sprowadzić na nas moją matkę. Wiedziałam, że przyjdzie dzień, w którym powróci i zabije nas wszystkich ale nie było nic gorszego od myślenia o śmierci. Szczególnie wtedy, kiedy urodził się Jacob. Okazał się być bardzo podobny do mnie.  Z zachowania sprawiał wrażenie bardzo spokojnego, zrównoważonego. Patrzył na mnie bardzo często lecz nigdy nie zauważyłam jakiegokolwiek światełka mroku w jego oczach. Przekonałam się, że zaakceptowanie go nie będzie takim trudnym wyzwaniem. Ani on, ani Johann nie poznają prawdy. Jedynym powiernikiem będę ja sama, bo to przez mój błąd i kłamstwa doprowadziłam do obecnego stanu rzeczy.








                                            1831 r.


Jacob rozwijał się nad wyraz szybko. Już w wieku dwóch lat umiał powiedzieć podstawowe zwroty, stawiał pierwsze kroki. Byliśmy z niego bardzo dumni. Czasem, gdy nie mieliśmy czasu aby się z nim bawić, on sam wymyślał sobie zajęcie. Nie musieliśmy go pilnować, gdyż na swój wiek okazał się być niezwykle ostrożny.
Rzecz jasna, przyszedł moment,  w którym Jacob był pod naszą całodzienną opieką.
           
                                     Sierpień 1833r.

      Moja matka wróciła z pośród umarłych aby uprzykrzyć nam życie. Bez wątpienia chciała zabić każdego z nas po kolei. Codziennie zostawiała nam dowód swoich odwiedzin. Nie raz znajdywałam kawałki szkła na podłodze w pokoju Jacoba, sztylet wbity w deski na korytarzu, zdarzało się, że muzyka sama zaczęła płynąć z gramofonu. Johann bardzo się martwił. Nie rozumiał do końca dlaczego Rosa nie chce nam dać spokoju. Tragiczne było to, że nie mogłam mu tego wyjaśnić. Ale on to akceptował, powtarzał, że nie może mnie za to winić. Staraliśmy się przebywać wszyscy razem, pilnować siebie wzajemnie ale to nie było możliwe. Johann musiał pracować, ja musiałam wychodzić na zakupy. Ataki ze strony mojej matki nie były coraz to gwałtowniejsze… i to było najgorsze. Nigdy nie mogliśmy ich przewidzieć. Przychodziło tak jak deja vu. Nagle, raz z ogromną siłą a raz zupełnie niegroźne i niewyraźne.

                                         Grudzień 1833r.


            Jacob rósł, zmieniał się, zaczynał zauważać niebezpieczeństwo jakie na niego i nas czyha. W poprzednią noc obudził nas jego płacz. Pobiegłam sprawdzić co się stało lecz jedyne co pozostało to kęp siwych włosów leżących na jego twarzy. Rosa była w pokoju mojego dziecka, jej stęchłe oblicze znajdowało się centymetr od buzi mojego synka.
           Zastanawiałam się nad motywem działań mojej matki. Wiem, że była niezwykle wierzącą kobietą…. Uważała, że człowiek powinien żyć pod kloszem, bez towarzystwa innych osób, spoza rodziny. Codziennie powinno się modlić, przepraszać Boga za każdy występek. Pilnowała mnie bym czytała Biblię, gdyż uważała, że tylko ta książka jest nie splamiona ludzką, szatańską krwią. Tak… uważała, że człowiek jest wytworem szatana. Bóg, według niej, nie mógłby stworzyć tak niedoskonałej istoty jaką jesteśmy.
Kochała Boga tak naprawdę go nie rozumiejąc.
Wydaje mi się, że całe zło, którym została obdarzona wynika z obecności mrocznych sił jakie kłębią się w jej sercu. Może jakaś nieczysta dusza upolowała jej duszę i zagospodarowała w niej na całe życie. I okres po życiu.
Drugim wyjściem mogła być choroba psychiczna i obłęd jaki ją omiótł.
Chciałabym wierzyć, że to drugi powód był tym prawidłowym.  

Niestety z  czasem zaczęło być gorzej. Oznaki jej obecności już nie okazywały się w postaci jej obecności w domu…. Lecz we mnie. Zaczęłam być agresywna, miałam częste wahania nastroju, szybko się denerwowałam… A czasem kompletnie zapominałam kim jestem. W jednej sekundzie piłam herbatę z Johannem a w drugiej zrzuciłam ją na podłogę. Potem łapałam za odłamki szkła i zaczynałam się nimi ranić. Podejrzewaliśmy, że moja zmiana wynikała ze stresu, przeciążenia umysłowego. Wiedziałam jednak, że w tych momentach nie myślałam jak ja. Gdy budziłam się z takiego letargu, nie pamiętałam swoich działań.





                                     wrzesień  1836


           Jestem przerażona. Dziś w nocy mało brakowało a zabiłabym swoją rodzinę. Spałam u boku Johanna gdy nagle poczułam uciskanie w klatce piersiowej. Tak jakby ktoś mi na nią naciskał. Nie mogłam oddychać, z wysiłku obudziłam się cała spocona. Nie byłam już sobą – czułam się dziko. Miałam wrażenie, że świat spowity jest czarną mazią. Wszystko czego dotknęłam kleiło się, śmierdziało stęchlizną. Drażnił mnie ten widok i zapach. Najwięcej jej leżało na Johannie i Jacobie. Chwyciłam za nóż kuchenny i chwiejnym krokiem stanęłam nad śpiącym mężem. Myślałam, że jeśli go zabiję, to okropna substancja zniknie wraz z nim. Uśmiechnęłam się szyderczo, wiedziałam bowiem, ze mam nad nią kontrolę. Gdy powietrze oddzielało szyję Johanna od ostrza o dwa milimetry, ktoś szarpnął mnie do tyłu. Upadłam, upuszczając nóż i mając przed sobą twarz Jacoba. Był zdezorientowany, przestraszony. Patrzył na mnie z lękiem, nie mógł uwierzyć, że jego matka chciała ich pozabijać.
Co smutniejsze, w tamtym momencie mogłam w to uwierzyć. Zaczęłam tracić sumienie. Nie potrafiłam już oddzielać dobra od zła.
             





                                        Styczeń 1837



                 Rozmawiałam z Johannem. Wytłumaczyłam mu, że Rose nie da nam spokoju. Błagałam o wezwanie księdza do domu… Nie chciał mi wierzyć, że opętał mnie jej duch. Krzyczał, że ubzdurałam sobie to, że zwariowałam. Nie tolerował rozmów o świecie paranormalnym. Zaczął nawet mnie oskarżać o wszelkie niebezpieczeństwo jakie czyhało na Jacoba. Powiedział, że jestem sprawczynią całego zła jakie ich spotkało. Sądził, że najlepiej będzie jeśli się odizoluję. Postanowił, że zamknie mnie w kanciapie na tak długo, aż znormalnieję.
                        - A co  z naszym synem? – zapytałam go przerażona. – Nie rozumiesz, że ona może go w każdej chwili zabić?
Pokręcił głową, zaśmiał się w ten szyderczy sposób i odpowiedział:
                         - Nawet jeśli ona faktycznie tu jest, to czemu nie zabiła go wcześniej? Miała do tego tyle okazji.
I tu musiałam przyznać mu rację. Atakowała nas już tysiące razy lecz nigdy nie doszło do zabójstwa. Dlaczego? Czego ona chciała? Wyglądało na to, że chce nam podarować długą, szeroką, bolesną śmierć, pytanie pojawiało się później. Kiedy ona nadejdzie?




                                      1838 r.


       Siedząc zamknięta w małym, ciemnym pomieszczeniu zdołałam przemyśleć sobie sytuację w jakiej się znaleźliśmy. Moja matka nie odpuści jeśli zmienimy dom. Będzie nas śledzić i gnębić do końca, nie da nam spokoju i możliwości na normalne życie. Taka była prawda, i musiałam ją do siebie dopuszczać, nieważne jak wielką krzywdę mi sprawiała. Odbierała nam duszę, wolne oddychanie, odbierała nam całą przyjemność i szczęście. Zdawało mi się, że nawiedza mnie podczas snu i woła: Oddaj mi swoją duszę, Anno…
           Cóż… Sądzę, że jedynym rozwiązaniem jest spalenie domu i samobójstwo. To nie prześladowca, który chce wymordować rodzinę. To duch, którego nie widać a, który widzi nas. Obserwuje, namawia, zabija. Nawet po naszej śmierci, jej dusza będzie unosić się w tym domu. Dlatego właśnie i on musi zniknąć. Inaczej…. Rose znajdzie sobie nową ofiarę.
            Planuję wtajemniczyć Jacoba o swoim planie, nakazać mu spisania wszystkich dni i wspomnień z naszego życia. Wiem, ze kocha pisać i opowiadać – myślę, że gdyby miał szansę na normalną przyszłość, zostałby pisarzem. Jeśli dom przeżyje i ktoś będzie chciał w nim zamieszkać, będzie istniała szansa, że najpierw przeczyta książkę mojego syna i zrezygnuje. Tylko… w jaki sposób mógłby skojarzyć podobieństwo domu z powieści a tego, w którym zamieszkał? Ktoś musiałby go na to naprowadzić…. Lub Jacob mógłby napisać dokładny adres domu.
                 Powiem też Johannowi całą prawdę… Będzie mi ciężko umierać wiedząc, że cały czas go okłamuję. Nie miałabym czystego sumienia.
        Śmieszne, że teraz zaczęłam się tym martwić.

                                  

                                1839 r.


           - Posłuchaj… wiem, że sądzisz, że zwariowałam. Ale to bardzo ważne. Zrób to tylko dla naszego syna. Wysłuchaj mnie.
Popatrzył na mnie tymi oczami, w których ciągle odnajdywałam jego ojca.
               - Dobrze. Usiądźmy. – zdecydował i skierowaliśmy się w kierunku salonu.
               - Nie chcę mówić o tym tak wprost… Pozwól, że opowiem ci wszystko od początku. – próbowałam patrzeć mu w oczy, lecz w tamtym momencie było to ogromnie trudne. Odnajdywałam w nich przeszłość, miłość i ból, syna i kochanka. Widziałam w ich odbiciu potwora, którym powoli zaczęłam się stawać.
                 - Inaczej to nie ma sensu… - wyszeptał skupiony.
                 - Pamiętasz gdy opowiadałam ci o twoich rodzicach? – zaczęłam ostrożnie. Prawda, która zaraz miała wypłynąć z moich ust, drażniła język, gardło i tak mocno wyciskała łzy.
                 Potwierdził skinieniem.
                - Nie powiedziałam ci wtedy prawdy. Twoja matka żyje, była przy tobie całe życie… - popatrzył na mnie nagle, po twarzy przebiegł mu nerwowy grymas, zacisnął szczękę. – To ja… Ja cię urodziłam. Jesteś moim synem.
Jego życie w ciągu tych trzech sekund całkowicie się zrujnowało. Wyglądał na wzburzonego, przestraszonego i skrzywdzonego mężczyznę. Zaciskał pięści i rozluźniał je co chwilę, wstał, złapał się za głowę chodził w tę i z powrotem.  Kręcił głową, pochylał się i krzyczał, że to nie może być prawda, usiadł na podłodze i zaczął się bujać. W końcu… podniósł wzrok, popatrzył na mnie tymi pięknymi oczami, w których teraz odnaleźć było można tylko i wyłącznie brak szczęścia. Stał się tym kim ja – bytem nakrytym złudną szatą, istotą, której odebrano duszę. Krzywda, której doświadczył wyrwała mu z serca wszelką radość i zdrowie. Wiedział co go czeka – lecz i to nie było najgorsze. W tym wszystkim, to co najpierw sprawiało mu przykrość a potem nienawiść był on sam. Mówi się, że człowiek jest tym samym człowiekiem co sekundę temu. To chyba jeden z najprostszych przykładów wskazujących jak bardzo mylne jest to stwierdzenie.
                 - Moja matka zabiła Josepha – twojego ojca i mężczyznę, którego tak bardzo kochałam. Zabrała nam normalne życie… Było mi ciężko gdy szukałam dla nas domu, gdy ciężko chorowałeś a ja nie miałam funduszy na dogodne utrzymanie. Ale walczyłam, walczyłam dla nas, Johannie! Chciałam, żebyś był wolny, żebyś dostał szansę na zbudowanie swojego losu tak jak byś chciał by on się potoczył. Starałam się wychować ciebie jak najlepiej, uczyłam cię… Trzymałam w dystansie od innych dzieci byś nie dowiedział się co to znaczy krzywda, byś nie dowiedział się przypadkiem o swojej przeszłości, tak bardzo pragnęłam, żebyś żył ostrożnie. Widziałam jak dojrzewasz i jak powoli stajesz się przystojnym mężczyzną. Wtedy zaczęło dziać się coś dziwnego – czułam, że coś nakazuje mi nawiązać z tobą bliższy kontakt. Czarna siła przyciągała mnie do twojego serca,  powoli zakochiwałam się w tobie, Johannie i nie miałam na to żadnego wpływu ani wyjścia. Kiedy powiedziałeś mi, że jestem kobietą, z którą chciałbyś zamieszkać i się zestarzeć, emocje wzięły w górę. Gdzieś w głębi, głos, mówił mi, że jesteś moim synem i związek z tobą jest niewybaczalnym grzechem ale jakże przekonywująca była moja matka, która zabierając mi rozsądek i moją duszę, wdzierała się swoją i pożądała ciebie tak mocno, iż oddałam się jej i tobie całkowicie. – zamilkłam na moment by sprawdzić czy chce coś powiedzieć ale on zdawał się być teraz w zupełnie innym świecie, tak jakby opuściła go rzeczywistość, jakby przez chwilę zobaczył coś nowego i bardziej interesującego.  – W chwili gdy zdałam sobie sprawę, że jestem w ciąży… powróciły wyrzuty sumienia i wrogość do dziecka. Tak, na początku nienawidziłam Jacoba, czułam obrzydzenie do dziecka spłodzonego przez demona Rose. Tyle, że to nie on był temu winien. Od pojawienia się tej myśli do każdej mijającej teraz sekundy nienawidzę siebie i mojej matki. Sam widzisz, że znów zaczyna nas nękać. Rozmawiałam z Jacobem, on wie co robić, rozumie to co się dzieje. Johann, jedynym wyjściem z tej męczarni jest spalenie domu i nasza śmierć. Musimy zginąć, rozumiesz? Ona nami zawładnęła, bawi się nami jak marionetkami, przyjmuje postać każdego przedmiotu w tej posiadłości, zamieszkuje nasze dusze. By zniszczyć ją raz na zawsze, musimy się tego pozbyć. Gdy my odejdziemy, ona odejdzie razem z nami. Dodatkowo, musimy umrzeć razem, nikt z nas nie ma prawa kontynuować swojego życia bo ona tu zostanie. To taka klątwa…
                  - Zamilcz. – przerwał ostro, waląc pięścią w stół. Przestraszona zwróciłam oczy w jego kierunku.
Stał, patrzył na mnie z góry i wyrażał pogardę do każdej części mojej istoty.
                    - Jutro dzwonię po lekarza. Jesteś psychicznie chora a nasz syn…., Jacob musi wychowywać się przy zdrowej matce. Choć nie wiem, czy nie lepiej byłoby go od ciebie usunąć. Jesteś zagrożeniem dla nas wszystkich. To ty jesteś potworem, nie twoja matka. A jeśli i nawet ona to już dawno powinna cię zabić. Nienawidzę cię. Już nigdy nie spojrzę ci w oczy… nie po tym jak tyle lat mnie okłamywałaś. Miałaś świadomość wtedy…. Tamtej nocy. Mogłaś powiedzieć : nie. Nie wierzę, że nie miałaś wyjścia. Kłamiesz…. Wykorzystałaś mnie a teraz działasz na współczucie, tłumaczysz się duchem… Sama siebie słyszysz? Wiesz… trudno mi będzie patrzeć na siebie w lustro ale tobie… nie wiem czy przebaczysz sobie po śmierci. 

          Wyszedł z pokoju i zostawił mnie z demonem Rose, siedzącym na fotelu naprzeciw. Przez moment tylko się śmiała a potem wstała i rozpłynęła się w powietrzu.
            







środa, 8 lipca 2015

Dalszy fragment

Zawsze zastanawiałam się dlaczego moja rodzina tak bardzo wierzy w Boga. W swoim zachowaniu nie pokazują postawy wierzących. Torturują mnie, chowają przed światem, zabraniają kontaktu z innymi. Próbowałam uciec z domu już niejednokrotnie ale zawsze skutki były bolesne i męczące. Matka nazwała nawet jeden z pokoi, pokojem kary. Zamykała mnie tam na tydzień, w kompletnych ciemnościach, przychodząc co trzy godziny i dając mi szklankę wody. Tylko rano i wieczorem otrzymywałam posiłek.
Ilość tych kar oraz samo życie z moją rodziną nauczyło mnie surowości dla samej siebie. Nie raz czując wyrzuty sumienia z powodu kłótni z matką, przychodziłam do pokoju kary. Bywało, że to nie matka uderzała mnie w policzek ale to ja sama. Nigdy nie próbowałam popełnić samobójstwa…Nie umiałam pozbawić się życia, uważałam nawet, że to prosty sposób na ucieczkę od problemów. Jeśli chciałam się ukarać to albo prosiłam o to mamę lub samą siebie. Tak już zostało. Matka nauczyła mnie życia w karze.


                           ~~~~


         Był wietrzny i deszczowy dzień. Poprzedniego wieczoru matka wyjechała z domu. Ma wrócić niebawem. Joseph przyszedł już z samego rana abym miała więcej czasu na zrobienie zakupów. Wyszłam więc już o ósmej rano. Cały czas byłam w myślach przy moim synku, czy niczego mu nie brakuje, czy Joseph dobrze się nim opiekuje. Kochałam ich obu lecz dobrze wiedziałam że życie razem nie jest nam przeznaczone. Zamierzałam powiedzieć o tym Josephowi. Wytłumaczyć mu, że rodzice nie pozwolą mi przeprowadzić się nawet do najbogatszego domu w miasteczku. Jestem skazana na życie u ich boku a on musiał to zrozumieć.
Była osiemnasta kiedy zmierzałam w kierunku domu. Już na ganku usłyszałam krzyki i dźwięk tłuczonych naczyń. Przestraszyłam się, że może jakiś złodziej wtargnął na teren posiadłości lub co gorsza, matka wróciła wcześniej.
Spełniła się moja obawa.
Gdy uchyliłam drzwi ujrzałam Josepha trzymającego na rękach Johanna. Matka usilnie krzyczała na niego i rzucała porcelanowymi kubeczkami. Dziecko płakało niemiłosiernie a w powietrzu czuć było lekki swąd spalenizny.
                  - Anno, zabieraj Johanna i czekajcie na mnie pod moim domem! – krzyknął Joseph.
Spojrzałam spanikowana i próbowałam podbiec po moje dziecko.
                    - Mamo, proszę, uspokój się! – błagałam ją o mało co nie dostając w głowę porcelaną.
Rosa uśmiechnęła się szeroko i powiedziała:
                    - Nigdy w życiu. On mi Cię odebrał, więc ja odbiorę wam dziecko. – poszła szybkim krokiem do kuchni.
Joseph zerwał się w moim kierunku i przekazał dziecko. Otwierałam już drzwi gdy usłyszałam, że nikt za mną nie idzie. Odwróciłam się twarzą do Josepha. Stał, blady, ze zmierzwionymi czarnymi włosami i wyłupionymi oczami. Usta miał otwarte, jakby chciał powiedzieć: Kocham was. Pokręciłam zrozpaczona głową. Zauważyłam, że matka wbiła mu w plecy nóż. Przebiła je aż po brzuch. Ukochany upadł na kolana a potem całkiem się obezwładnił. Z rany sączyła się krew wylewając na moje stopy. Uniosłam wzrok. Stała przede mną. Mała o siwych włosach, ubrana w swoją białą suknię. Szczerzyła się wyciągając do mnie ręce. Na jej dłoniach widniały plamy krwi Josepha.
                     - Oddaj mi tego bękarta. Nie pozwól by szatan Cię dopadł. I tak jest już wystarczająco blisko Ciebie. – mówiła zbliżając się do mnie. Pochyliłam się po nóż, który nadal był wbity w plecy zmarłego. Nie chciałam by Johann na to wszystko patrzył. Już i tak był wystarczająco przerażony. Matka widząc, że zamierzam ją zaatakować zaśmiała się szyderczo.
                        - Dziecko i tak jest już zaczadzone. Nie ma dla niego szans. Stracisz go tak jak straciłaś jego. – kopnęła stopą Josepha.
Nie myśląc co robię wbiłam nóż w jej pierś. Najpierw popatrzyła na mnie zaskoczona, potem na wbite ostrze. W końcu przeniosła wzrok na dziecko. Trzęsącą się dłonią dotknęła krwi, wylewającej jej się z rany a potem przyłożyła ją do czoła Johanna. Namalowała na nim odwrócony krzyż i zanim upadła tracąc przytomność, szepnęła:
                  - Wrócę po was.
Nie tracąc ani chwili dłużej wybiegłam z domu. Trzymając synka na rękach i płacząc pogrążyłam się w długo trwającej potem depresji aż w końcu pojęłam jedną rzecz. Nie muszę uciekać. Ona i tak mnie znajdzie.



                                         grudzień 1799 r.


 Miejscowy zaproponował mi, że mogę zamieszkać w mieszkaniu jego babci. Niedawno umarła a teraz stoi ono puste. Zgodziłam się bez wahania.
W noc z 30 na 31 grudnia Johann dostał gorączki. Jak się potem okazało, zachorował na silną grypę. Musiał zostać w szpitalu na kilka dni. Nikt nie dawał mu szansy na przeżycie.






                                        czerwiec 1804 r.




                 - Ani, Ani, dzisiaj moje urodziny! – ze snu wybudziły mnie wołania  Johanna. Otworzyłam oczy i od razu ujrzałam twarzyczkę pięcioletniego chłopca, łudząco podobnego do swojego ojca. Miał duże, wyraziste zielone oczy i kruczoczarne włosy. Kiedy się uśmiechał, przy ustach pojawiały mu się słodkie dołeczki.
                   - To wspaniale! Co dziś chcesz robić? – zapytałam go. Ten uspokoił się na chwilę, pomyślał i znów wykrzyknął radośnie:
                    -  Chcę pójść do Milly!
Milly to dziewczynka w wieku Johanna, mieszkająca niedaleko nas. Dzieci poznały się tydzień temu na ryneczku w wiosce. Od razu nawiązały ze sobą kontakt. Nie podobało mi się, że nawiązuje kontakty z dziećmi z okolicy. Johann nie ma pojęcia, że jestem jego matką i ma tak zostać. Sąsiedzi znali moją matkę i dowiedzieli się co się stało. Gdyby powiedzieli prawdę… Johann by się mnie bał. Poza tym, nie chciałam by się do mnie przywiązał. Nie jestem dobrą matką. Potrafię zabić człowieka.
                 - Ani, wstawaj. Chcę do Milly!
 Popatrzyłam na niego zdezorientowana.
                  - Już. Już idę. – powiedziałam i zaczęłam odgarniać pościel. – Poczekaj na mnie w kuchni.
Chłopiec uśmiechnięty potruchtał do innego pomieszczenia. Przebrałam się w spodnie i bluzę, rozczesałam włosy i dołączyłam do Johanna. Nasypałam mu płatków i podałam czyste jabłko. Podziękował i zaczął pilnie jeść. Patrzyłam na niego ze wzruszeniem i bólem.  Okłamuję go dla jego dobra. Mam nadzieję, że poznając kiedyś prawdę mi wybaczy.


                                             maj   1814 r.


                      - Rozumiesz, że muszę iść z nią spotkanie? Znam ja od dzieciństwa! Zakochałem się w niej. – wrzeszczał stojąc naprzeciw mnie. W jego oczach błyszczał gniew i nienawiść.
                      - Nigdzie nie pójdziesz. Ta dziewczyna tylko namotała Ci w głowie. Zostaniesz ze mną. – odpowiedziałam spokojnie.
Chłopak ryknął:
                     - Nie mogę chodzić do szkoły tylko sprowadzasz tu jakiegoś naukowca, muszę się modlić, prawie w ogóle zabraniasz mi się z nią widywać. Nie jesteś moją matką! Wychodzę.
Nie zdążyłam go zatrzymać gdy nagle coś spadło na podłogę. Rozejrzałam się dookoła ale dźwięk pochodził z dalszej odległości. Sprawdziłam w kuchni. Na deskach leżał nóż. Zakrwawiony.
Przyłożyłam dłonie do ust i wybiegłam z domu wołając imię Johanna. Chłopak nie zdążył jeszcze oddalić się wystarczająco by nie móc mnie usłyszeć. Na zawołanie odwrócił się do mnie i zniecierpliwiony stanął aby mnie dosłyszeć.
                     - Proszę, wróć do domu! Muszę Ci coś powiedzieć!
Po pięciu minutach siedziałam obok niego w salonie.
                     - Wiem, że to zabrzmi absurdalnie. Postaraj się mi uwierzyć. Jestem jedyną osobą, która o Ciebie się troszczy. Twoja matka nie chciała mieć dziecka. Kiedy Cię urodziła, od razu postanowiła, że znajdzie sposób aby się Ciebie pozbyć. W pewną noc, gdy podpaliła dom, uratowałam Cię z jej rąk. Ona zaś obiecała, że wróci po nas po śmierci. Widzisz ten nóż? – wskazałam dłonią na ostrze leżące nadal w kuchni. – Nim zabiła pewnego młodzieńca.
Wzdrygnął się.
                       - Sądzisz, że dotrzyma słowa?
                       - Ona zawsze spełnia obietnice.



                                                 Kwiecień 1815




Nóż był tylko pierwszym ostrzeżeniem. Najgorsze dopiero się zbliżało. Wielkimi krokami.
Niedawno zaczęłam zauważać pewne zmiany w Johannie. Wydoroślał, nabrał ciała, jego twarz przybrała dojrzalszy wyraz. Pomyślałam nawet, że gdyby nie był moim synem, mogłabym się z nim związać. To nie były jedyne zmiany, jakie u niego zaobserwowałam.
Pewnego wieczoru gdy razem siedzieliśmy na kanapie i rozmawialiśmy o przyszłości, złapał mnie za rękę, przyciągnął do ust, pocałował i powiedział:
                 - Jesteś najpiękniejszą kobietą pod słońcem, Anno.
Zarumieniłam się.
                 - Będę Ci wdzięczny do końca życia za to że się mną zaopiekujesz. Wiesz o tym, prawda? – zapytał mnie nadal trzymając za rękę.
Poczułam się dziwnie. Wiedziałam, że jest to mój syn i nie powinnam dopuszczać do takich sytuacji ale coś mnie kusiło by odpowiedzieć: tak, rzucić mu się na szyję i pocałować. Tak bardzo tego pragnęłam. W jego oczach widziałam Josepha.
Tego wieczoru do niczego jednak nie doszło.


                                          Czerwiec 1816 r.



            Były to jego siedemnaste urodziny.  Najpierw zawołał mnie do swojego pokoju. Ubrał się w granatowy garnitur a włosy ułożył elegancko. Siedział na łóżku i czekał aż przyjdę. Specjalnie dla niego założyłam krótką, szarą sukienkę. Chciałam mu się podobać.  Chciałam by widział we mnie piękną kobietę, kogoś czystego moralnie. Pragnęłam by mnie pocałował. Myślałam o nim o każdej porze dnia i nocy.
                        - Muszę Ci cos powiedzieć. – odrzekł patrząc na mnie skupionym wzrokiem odkrywającym ubranie z ciała.
Usiadłam obok niego. Poczułam woń jego męskiego, silnego ciała.
                       - Nie mogę już patrzeć na Ciebie z bezpiecznej odległości. Chcę abyś ze mną była i spędziła swoje życie. To moje marzenie od szesnastych urodzin.  Kocham Cię, Anno i chcę byś została moją żoną. – po czym uklęknął na jedno kolano i wyjął z kieszonki garnituru pudełeczko ze złotym pierścionkiem. Był piękny. Pierwsza myśl dotyczyła problemu, w jaki sposób zdobył tą biżuterię. Miał zakaz wychodzenia do miasteczka. Ale po chwili założyłam go na palec i zbliżyłam swoje usta do jego ust.
Płynęliśmy razem, złączeni przez całą w noc do krainy miłości i wiecznego potępienia, gdzie straszna i martwa Rosa rzucała na nas klątwę. Klątwę, która zaprowadzi nas do piekła.
           Z upływem czasu zaczęłam żałować swojej decyzji. To w końcu mój syn. Lecz gdy patrzyłam w jego oczy, tak złudnie podobne do jego ojca i smakowałam jego usta wszystkie wątpliwości żegnały się z pożądaniem tego chłopaka. Dotykał mnie w taki sposób w jaki nawet nie potrafił Joseph. Oddałam mu się w całości a po wszystkim leżałam u jego boku rozmyślając nad kazirodczym grzechem.






Mam nadzieję że wakacje mijają wam przyjemnie pomimo tych upałów które przez chwilę odpuściły. Pozostawcie po sobie komentarz :)
Pozdrawiam wszystkich :*

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Kolejny rozdział



Druga faza umierania






              Gwałtownie otworzyłem oczy. Uderzył mnie powiew ostrego, ciepłego powietrza i błysk światła. Moja prawa ręka była mokra i zasklepiona…  Poderwałem się na nogi gdy zdałem sobie sprawę, że jestem na zewnątrz a dokładnie na plaży za domem. Oszalały z radości rozejrzałem się dookoła. Każdy szczegół jaki zapamiętałem z ostatniego widoku na miasteczko pozostał taki sam. Podbiegłem w kierunku wody i zanurzyłem w niej całe ręce i nogi. Naprawdę tam była. To nie sen. Jestem wolny. Mogę uciekać.
             To była pierwsza myśl jaka dotarła do mnie gdy zobaczyłem niebo. Niestety zaraz potem, kiedy to okrążyłem dom zdałem sobie sprawę, że to nadal niemożliwe. Innej drogi nie było. Przed posiadłością znów zaczynała się plaża. To błędne koło. Wiedziałem jaka jest tego przyczyna. Nie dokończyłem zadania, nie spełniłem obietnicy Anny. Nadal żyję.
Wcale nie byłem na zewnątrz. Miałem złudzenie, że dotykam piasku, że czuję ciepłą wodę. To wszystko działo się w mojej głowie. Zaczynałem świrować i to całkiem na poważnie. Wróciłem się na miejsce gdzie otworzyłem oczy. Usiadłem, złapałem się za kolana i wpatrywałem w ocean a potem wszystko zaczynało się pokrywać mgłą. Nic nie widziałem. Zostałem pochłonięty. Miałem wrażenie, że mgła zabiera mi życie, oddech.
Oddaj mi swoją duszę… - usłyszałem.
                    - Proszę bardzo. – odrzekłem bez zastanowienia i dałem się ponieść gęstej marze.






                       Odzyskałem świadomość w kompletnych ciemnościach. Próbowałem wyszukać mojej lampy naftowej lecz nie mogłem jej odnaleźć. Ostrożnie się podniosłem i złapałem za poręcz. Brnąłem do przodu wciąż pamiętając po co tu wszedłem. Miałem odnaleźć pamiętnik Anny. Nie bałem się tego, że znów kogoś spotkam. Przyzwyczaiłem się do duchów i tego domu. Tak. To prawda.
Kiedy dotarłem na szczyt schodów spokojnym, chwiejnym krokiem próbowałem dojść do pokoju Jacoba. Brak jakiegokolwiek oświetlenia przeszkadzał mi w drodze. Zapamiętałem, że jego pokój jest na końcu korytarza. Po minucie otwierałem drzwi i stanąłem na świętej ziemi Jacoba Scheppelina. Nie wiem dlaczego liczyłem, że pamiętnik wciąż leży na jego biurku. Nie wiem skąd taki pomysł przyszedł mi do głowy. Miałem się już wycofać gdy pomyślałem, że nie zaszkodzi spróbować.
Był tam.
Nie gruby, na oko – miał może 100 stron. Przygarnąłem go do siebie i szybkim krokiem wróciłem na dół. Upewniłem się, że mam jeszcze zapas lamp naftowych, usiadłem na kanapie z książką Carlosa u boku i zacząłem czytać szatańską wersję biblii. Pamiętnik Anny Barbary Thierin.










Szatanska wersja Biblii





  
Anna Barbara Thierin

                                           maj   1789 r.


   Zawsze sądziłam ze człowiek nie jest w stanie się zakochać. Owszem, poczuć łaskotanie w brzuchu, słabość do kogoś ale nie prawdziwa miłość. Moje sądy zmieniły się diametralnie gdy poznałam Josepha. Był inny niż reszta mężczyzn. Nie mniej przystojny a przystojniejszy, mądry, zaradny, pochodził z biednej rodziny lecz za to bardzo dobrze wychowanej. Spotkaliśmy się parę razy. Mam wrażenie ze cos z tego będzie. Widzę ze jemu też zależy. Kiedy zapytałam go czy się jeszcze spotkamy niemal bez chwili wahania mi odpowiedział. Moja matka nie toleruje tej sytuacji. Uważa ze nie powinnam jeszcze się z nikim wiązać. Jestem za młoda. Na szczęście jej nie słucham. Dzisiaj w nocy wymykam się z domu i się z nim spotkam. Nie mogę się doczekać.


                                   czerwiec 1789

Boje się. Nie widziałam się z Josephem już od miesiąca. Ostatnim razem, wtedy gdy wymknęłam się z domu, popełniliśmy błąd. Poniosło nas. Tak bardzo go kocham, on odwzajemnia moje uczucie. Wiem, ze ciąża w moim wieku nie jest pozytywnie rozpatrywana ale może tak miało być. Może Bóg chciał abym była z nim szczęśliwa?
Jedyne co musze zrobić i to jak najszybciej to powiedzieć o tym matce. Nie będzie zachwycona. Może mnie wyrzucić z domu. Trudno. Zaryzykuje.


Uderzyła mnie. Gdy tylko usłyszała ze jestem w ciąży, uderzyła mnie w twarz. Oddalam jej po chwili i pobiegłam na górę. Zaraz może po mnie przyjść. Boje się. Ojciec nas opuścił już dawno. Ale on był taki jak matka. Nic by nie pomógł.
Niemal słyszę jej kroki na górę. Właśnie wali do drzwi. Nie mogę jej nie otworzyć.





                          czerwiec  1799


    Urodziłam pięknego Johanna Scheppelina. Imię wybierałam razem z Josephem. Nie przychodzi do domu często. Jedynie wtedy kiedy matka jest w pracy. Gdy przychodzi,  stara się jak najlepiej uprzykrzyć mi życie. Chowa różne rzeczy, dzisiaj nie mogłam znaleźć swojego pamiętnika. Nie mogę zostawić dziecka sam na sam z nią bo obawiam się, że może je skrzywdzić. Należę do bardzo wierzącej rodziny. Moi rodzice starają się przestrzegać wszystkich przykazań, chodzą do Kościoła, nie dopuszczają do mnie innych ludzi. Boją się, że Ci wciągną mnie w jakieś podejrzane sekty, złe towarzystwo. Nie chcę tak żyć. Nie lubię rutyny, świętego życia w którym nie dopuszcza się grzechu. To bzdura – nikt z nas nie jest idealny. Wszyscy popełniamy błędy. Nie mamy nawet pewności czy Bóg istnieje. Po co więc oddawać się czemuś co nie jest potwierdzone?
Jutro przyjdzie Joseph. Matka wyjechała gdzieś na dwa dni, ma wrócić dopiero pojutrze. Mój chłopak zapewnił mnie, że zaopiekuje się Johannem kiedy ja pojadę do miasta po większe zakupy dla dziecka. Poza tym, nasz syn ma też ojca.
Myśleliśmy nawet, żeby razem zamieszkać… Niestety Joseph jak na razie nie ma pieniędzy choćby na wynajem domu, a ja muszę mieć ukończone 18 lat, bo inaczej rodzice nie dadzą mi spokoju. Nie jestem nawet pewna czy po umownym wieku dorosłości podarują mi wolność. 

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Dalszy fragment

Rosi siedziała na schodkach pełna gniewu. Jej śliczna, młoda twarzyczka wykrzywiona była w upierdliwym grymasie. Swoją złotą główkę podtrzymywała piąstkami wielkości mandarynki. Podszedłem i usiadłem koło niej. Nie za blisko, tak by się nie speszyła. Była wystarczająco wzburzona.
Spojrzała na mnie ukradkiem lecz gdy zauważyła, że spojrzałem w jej kierunku odwróciła głowę. Zaśmiałem się przyjaźnie lecz ona pozostała niewzruszona.
               - Maleńka co się stało? – zapytałem. Otworzyła usta i wylała z siebie potok słów.
               - Nie lubię dorosłych. Myślą tylko o sobie, zachowują się jakby byli najmądrzejsi na świecie lecz się do tego nie przyznają. Nigdy nie słuchają młodszych bo uważają, że to strata czasu. Nawet ich nie rozumiem. A oni nie rozumieją niczego. Nie widzą tego co inni. – na chwilę przerwała mówić piskliwym, słodkim głosikiem co wykorzystałem.
                 - Co masz na myśli mówiąc ,,inni” kochanie?
                - Mam na myśli dzieci.
Pokiwałem głową. Moja córka jest cholernie inteligentna –pomyślałem.
                 - Co doprowadziło Cię do takiego wzburzenia, hm? – spytałem. Spojrzała na mnie i odrzekła wyniośle:
                 - Twoja żona, tato. – roześmiałem się.
                - Masz na myśli mamusię?- upewniłem się.
               - Oj daj spokój. Nie masz więcej żon. Dorosłych bawią dziwne rzeczy. Takie brudne…
Spoważniałem. Nie spodobały mi się te słowa. Widząc moją minę dokończyła:
             - Sam powiedz tatusiu. Czy widząc tą spadającą biedronkę, z tego to właśnie listka masz ochotę się śmiać?
Powoli pokiwałem głową. Próbowałem dostrzec tutaj jakikolwiek powód do śmiechu lecz niestety nic nie potrafiło wzbudzić u mnie uśmiechu.
Rosi popatrzyła na mnie smutno.
             - Nie śmiałbyś się gdyż uznałbyś to za nudne, naturalne i nieważne. Ja dostrzegam jej świat. Wyobrażam sobie jak się ona czuje, śmieszy mnie to, że spadła bo wiem, że musiała bardzo się starać aby na niego wspiąć. A potem wszystko na marne. Dorosłych bawią rzeczy czysto ludzkie. Dotyczące ich samych. Twoje pytanie właśnie to potwierdziło…
Nie chciałem przyznawać jej racji bo to dziecko. Lecz właśnie w tej myśli dostrzegłem jak bardzo jesteśmy niedojrzali. Wiek nie świadczy o dojrzałości. To inteligencja i wyobraźnia świadczy o naszej dorosłości.
                       - Masz rację. Dorośli nie dorównują dzieciom do pięt.
                      - Mama dzisiaj nakrzyczała na mnie bo zadawałam jej za dużo pytań. – bąknęła ni stąd ni zowąd.
Uśmiechnąłem się. Dwie kobiety w domu to jednak wyzwanie.
                      - Opowiedz. – zachęciłam przytulając ją do siebie.
                      - Więc mama robiła obiad a ja siedziałam przy stole i opowiadałam o dzisiejszych lekcjach. Między innymi o religii. Uczyła nas taka miła, ładna pani. Opowiadała o niebie, że są tam aniołki ,mnóstwo dzieci i  każdy jest tam szczęśliwy. Byłam ciekawa czy mama o tym wie i oczywiście zapytałam ją czy wierzy, że w Niebie rządzi Bóg. Odpowiedziała mi, że nie ma czasu bo gotuje obiad. Spróbowałam ponownie. W końcu chodziło mi o krótką odpowiedź. Powiedziała mi, że nie wiadomo czy istnieje Bóg. Nie zrozumiałam więc spytałam dlaczego. Mama przekręciła oczami a ja ponowiłam pytanie. Nie odzywała się przez dobre trzy minuty. Tak, tatusiu. Nie odpowiedziała. Więc zapytałam jeszcze raz, dlaczego? Nagle zaczęła na mnie krzyczeć, że jeśli jestem ciekawa to mam zapytać pani od religii albo swojego pluszaka bo ona nie ma czasu. Nie jestem głupia. Wiem, że pluszak to pluszak. Nie rozumiałam dlaczego podała taki przykład. Przecież powinna być mądrzejsza.
Pocałowałem ją w główkę i powiedziałem sobie w duchu, że  kiedy dorośnie zrozumie cały ten proces. Życie toczy się swoimi niepojętymi regułami.
                  - A ty jak sądzisz tato? Istnieje Bóg? – popatrzyłem na białe obłoki i powiedziałem:
                 - Skoro trzymam w ramionach anioła to znaczy, że tak.
Rosi zaśmiała się dziecięco a ja podziękowałem Stwórcy, że dał mi skarb.



                 Moja żona, ubrana w czerwoną jak krew sukienkę leżała koło mnie i mówiła aksamitnym głosem:
                      - Oliverze, nawet nie wiesz jak bardzo jestem z tobą szczęśliwa.
Dotknąłem jej policzka i lekko musnąłem jej usta.       
                    - Sądzę, że wielu rzeczy jeszcze nie wiem o tobie. Lecz pocieszam się, że mam na to resztę życia.
Uśmiechnęła się nonszalancko. Podniosła jedną brew i zapytała:
                     - To przysięga ważna do końca życia?
Potaknąłem głową.
                     - Kocham Cię. – szepnąłem i zbliżyłem się do niej. Nasze usta delikatnie się ze sobą zetknęły, tak jakby dopiero się poznawały. Chcieliśmy by pozostały złączone już na zawsze. Zatrzymałem swoją rękę na jej talii i lekko gładziłem. Pocałunek stawał się coraz to intensywniejszy i emocjonalny. Tak bardzo ją kocham – pomyślałem. Jestem niewiarygodnym szczęściarzem. Dłoń mojej ukochanej spoczęła na mojej piersi, dokładnie w miejscu gdzie szybko biło serce. Trudno było mi się skupić na myśleniu, lecz jedno co utkwi mi w pamięci na zawsze to to, że o mały włos bym ją stracił. Właśnie dzisiaj wyszła ze szpitala. Ktoś próbował ją okraść i silnie zranił jej wątrobę.


Klęczałem na środku ulicy i wrzeszczałem do nieba. Miałem złamane serce, wszystko we mnie drżało. Pełno krwi, szkła. Dotykam czerwonej cieczy, która jeszcze niedawno dawała życie mojej rodzinie. Ale one nie żyją. Są blade, pozbawione pierwiastku życia. Zniszczył je wypadek. Cholerny wypadek samochodowy. Jakiś policjant podchodzi do mnie i próbuje uspokoić ale ja go popycham ręką i płaczę. Wrzeszczę i płaczę. Łzy leją się strumieniami a świat staje się jedną, gęstą mgłą. Nic nie jest widoczne oprócz krwi i szkła. I samochodu. Zgniecionego na pół. Zaczynam iść na kolanach w jego kierunku próbując dotknąć rączki mojej córeczki. Chcę zobaczyć uśmiech na twarzy mojej żony. Rozpaczliwie żądam aby coś do mnie powiedziały. Pytam dlaczego nie żyją, dlaczego nie jestem na ich miejscu. Nagle rzuca mi się w oczy przedmiot. Nie potrafię stwierdzić czym on jest. Dotykam, przykładam do nosa i czuję woń wanilii. Rosi, pluszak Rosi. Jej jedyny przyjaciel, którego kupiliśmy na szóste urodziny. Wpycham go sobie do piersi, próbuję wydrzeć serce i podarować je moim skarbom. Wiem, że mogę im pomóc. Muszę bo nie ma innego wyjścia. To co się stało jest pomyłką. To nie one. Może to nie one?
Wstaję i kuśtykając podchodzę do samochodu. Zaglądam do środka i widzę …
Zakrwawioną twarzyczkę mojej Rosi, jej złamane nóżki i wgniecioną klatkę piersiową. Nie mogę dostrzec jej oddechu. Nie oddycha. Jej serduszko nie pracuje. Przerzucam wzrok na jej matkę. Głowa mojej ukochanej leży na kierownicy, wydaje się, że śpi. Tak, tylko śpi. Wyciągam rękę w jej kierunku lecz zaraz zostaję odsunięty. Krzyczę:
             - Nie, zostawcie! Trzeba ją obudzić!  Kochanie, obudź się! To nie jest śmieszne! Musimy pomóc Rosi.
Lecz ona się nie rusza. Pozostaje w spoczynku.
Wtedy pojąłem.
Boga nie ma.
Jest tylko diabeł.
            









Dobry wieczór moi mili :)
Czy ktoś tu jeszcze zagląda? Nie otrzymuję żadnych komentarzy :( Nie wiem czy ta historia Wam się podoba a przecież to dla Was piszę. Kiedyś dawaliście znaki życia lecz w chwili obecnej jestem zmartwiona :( Dajcie jakiś znak... 
Dobranoc. :)

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Koniec rozdziału 11 i początek rozdziału 12

Nie zasługiwaliśmy na dalsze życie i jakiekolwiek szczęście. Bóg pewnie ma zapisany nasz los i wkrótce się nas pozbędzie.
Siedziałem na dywanie trzymając się uporczywie za kolana i bujałem. Patrzyłem w jeden punkt, słyszałem odgłosy padającego deszczu, nuciłem pod nosem jedyną znaną mi melodię, którą nuciła mi matka przed snem jeszcze pięć lat temu. Myślałem, że wydarzenia ostatnich dni wynikają jedynie z zemsty ducha mojej babki. Ale to nie była prawda. Człowiekiem rządzi przeznaczenie. Siła wyższa, Bóg, Fortuna, Los, różnie nazywany, będący mocą samą w sobie, bytem wszystkowiedzącym, znającym zakończenie i początek. Niesie konsekwencje i przyczyny lecz samo jej nie posiada.
Z transu wybudziły mnie kroki lecz gdy odwróciłem głowę aby zobaczyć kto podążał w naszą stronę zobaczyłem istotę o sinych, posiniaczonych stopach. Stopach opuchniętych, z żółtymi, długimi i nieco zagiętymi paznokciami. Istotę o szerokich, żylastych łydkach, ubraną w czarną sukienkę przypominającą sukienkę dobrej gospodyni. Kobietę o tępym spojrzeniu, pozbawionym jakiegokolwiek pierwiastka życia. Ujrzałem jej puste oczodoły, jej sine, zaciśnięte usta i opadnięte policzki. Miała siwe, proste, długie włosy. Nie znałem jej imienia ale doskonale wiedziałem kim jest. Stanęła na środku salonu, obróciła się bardzo powoli i spojrzała wprost na mnie. Zadrżałem. Wyglądała upiornie. Podniosła swoją rękę na wysokość twarzy i zaczęła pocierać ją paznokciami. Coraz gwałtowniej i szybciej ukazując ślady. Rozdrapywała czoło, policzki do krwi. Była tylko zjawą, gdyż duchy nie mają krwi. Ich organizm nie funkcjonuje a więc nie ma przepływu czerwonej substancji. Chciała mnie tylko nastraszyć. Pokazać, że pamięta o mnie i wkrótce obejmie cały ten dom. Zmusi nas do oddania jej siebie, swoich dusz, które przecież były jedyną wartą rzeczą w bycie człowieka.
Kiedy zauważyła, że nie reaguję już na cieknącą krew otworzyła buzię a z jej gardła zaczęły wydawać się skrzeki. Ten dźwięk był potworny, przypominał głośne, śmiałe mruczenie.
                       - Przestań! – wrzasnąłem.
Jej usta poruszyły się i wygięły w kształt chytrego uśmiechu. Osiągnęła to co chciała uzyskać. Strach, przerażenie, otworzyła dantejskie wrota piekieł.
                      - Nigdy. Nigdy nie przestanę. – odrzekła lekko i rzuciła się na mnie z ogromnym wrzaskiem. Zamknąłem oczy będąc zdziwionym, że ojciec nie próbował mnie ochronić. Może sądził, że na to zasłużyłem? Owoc kazirodczego związku był zgniły i trzeba było się go jak najszybciej pozbyć. A może po prostu jej nie widział? Może ukazała siebie tylko dla mnie?
Nie poczułem absolutnie żadnego bólu. Otworzywszy oczy znajdowałem się ciągle w salonie, siedząc na dywanie u boku mego ojca. Deszcz nadal padał a życie toczyło się dalej.
Przeznaczenie było zniecierpliwione zakończeniem.
Choć dobrze wiedziało jakie ono będzie, cieszyło się z niego tak jak pisarz z końca swojej upiornej powieści.





                                                                   Pamiętnik


              Nie musiałem być Jacobem Scheppelinem aby wiedzieć jak się wtedy czuł.  Świadomość, że jest się dzieckiem matki i jej syna była okrutna i brudna lecz gorsza była wiedza, iż trzeba robić wszystko aby umrzeć. Nikt nie chce śmierci. Absolutnie nikt. Ludzie, którzy popełniają samobójstwa też jej nie chcą. Dlaczego? Bo śmierć nie istnieje. To czym ją nazywamy nie jest niczym innym jak po prostu sposobem na życie w innym wymiarze. Tam gdzie nie ma już ciała, fałszu, rzeczy materialnych, praw fizyki i innych stworzeń. Są tam tylko dusze, które opuściły piekło. Tak. Prawdziwe piekło jest tutaj. Jacob nie przeżył jeszcze osiemnastu lat lecz wiedział, że życie to istna męczarnia, na której musiał cierpieć katusze. Jego przeznaczeniem było umrzeć  u boku swojej matki i ojca. To nie najlepszy sposób na podróż do drugiego świata. Nie chciał jeszcze wyjeżdżać.
               Ja byłem inny. Miałem na karku pięćdziesiąt dwa lata i chciałem czegoś nowego. Właśnie w takim celu przyjechałem tutaj.
Nie oznaczało to tego, że chciałem umrzeć. Oczywiście, że nie.  Może i to był odpowiedni moment – straciłem rodzinę, na niczym mi już nie zależało, w Londynie nikt na mnie nie czekał. Czy spotkanie ze żniwiarzem właśnie teraz nie wydaje się kuszące?
Przeanalizowałem ostatni rozdział książki Jacoba i stwierdziłem, że aby zrozumieć historię w całości muszę odnaleźć pamiętnik Anny i go przeczytać. Dopiero wtedy będę mógł odczytać zakończenie tej opowieści i umrzeć wraz z nią.
Zabawne z jaką to łatwością o tym myślałem.

Rzecz jasna nie widziało mi się szukanie pamiętnika w tych ciemnościach (niestety zapas lamp naftowych powoli się wykańczał i musiałem je oszczędzać do czytania). Wiedziałem, że dowiem się o jego położeniu poprzez słowa syna Anny. Dlatego też zacząłem czytać dalej. Niemal po trzech zdaniach dowiedziałem się o jej miejscu pobytu.

                                      ***


               Nie widziałem się z matką już tydzień. Na ten czas przerwałem pisać swoją historię. Wolałem poznać całą przeszłość mojego ojca i Anny. Dostałem pamiętnik. Teraz leży u mnie na biurku, pochłonięty w całości i niemal ziejący potępieniem. Opisywał kazirodczy grzech, dalszy los Adama i Ewy, szatańska wersja Biblii.

Chwyciłem lampę i szybkim krokiem ruszyłem w kierunku dziury w ścianie. Przedostałem się do zapomnianej części domu. Było potwornie ciemno, można by rzec – egipskie ciemności. Zaświeciłem na schody i powoli zacząłem po nich wchodzić. Skrzypiały upiorniej niż poprzednim razem a każdy mój krok był słyszalny o 100 metrów dalej. Przy piątym schodku potknąłem się i omal nie upuściłem lampy. Stanąłem w  miejscu by uspokoić oddech. Zaraz natychmiast go wstrzymałem. Charakterystyczne skrzypnięcie schodów. Tak jakby ktoś wchodził po schodach. Ruszyłem do przodu. To coś również przyspieszyło. Czułem, że nie jestem sam. Zebrałem się na odwagę i najszybciej jak mogłem odwróciłem się z lampą i poświeciłem przed siebie. Nie ujrzałem absolutnie nic. Pustka. Czarna przestrzeń.  To pewnie moje wyobrażenia. Może to ja przez przypadek postawiłem nogę we wrażliwe miejsce i stąd cały trzask.
Zwróciłem się z powrotem w kierunku drogi na górę i ujrzałem przeraźliwie białą twarz z wytrzeszczonym uśmiechem. Kobieta. Starsza kobieta – matka Anny. Moje serce zabiło jeszcze mocniej gdy zacząłem tracić grunt pod nogami i powoli spadać w dół..
W dół…
W dół…


piątek, 8 maja 2015

Rozdział 11 - fragment



Wisielec




                        Nie wiedziałem co robić. Oczywiście, że nie.  Miałem świadomość, że duchy posiadają silniejszą choć niewidzialną materię. To sprawia, że są bardzo niebezpieczne. Jeśli dam do zrozumienia, że się nie boję, może wtedy nóż nie spadnie. Ktoś go, do cholery trzyma. Stoi nade mną i zaraz go upuści!
                              - No dalej. Na co czekasz? – ostrze momentalnie się zniżyło.
                               - Spotkamy się w piekle i cię dopadnę. I nie obchodzi mnie czym lub kim jesteś. – uśmiechnąłem się prowokacyjnie.  Poczułem ucisk na szyi. Przełknąłem ślinę myśląc, że to strach mnie sparaliżował. Myliłem się. Mój towarzysz próbował mnie udusić. Nóż odleciał na bok a ja walczyłem z niedostępnym dla oczu przeciwnikiem.
Szamotałem się i próbowałem wydostać z ucisku. Nie umiałem złapać tchu, obraz pokrywała mgła i przez ostatni ułamek sekundy mojej świadomości ujrzałem starszą kobietę o pustych oczodołach.

                Wiedziałem, że coś nie gra. Czułem się dziwnie, jakby wyżej niż zazwyczaj. Uwięziony. Nie leżałem już w kuchni, to było pewne. Wspomnienia zaczęły wracać, mózg pracować a oczy otwierać. Nic dziwnego, że czułem się inaczej. Pod moimi stopami stało krzesło. Ruszyłem się chcąc zeskoczyć z wysokości. Pochyliłem się o kilka centymetrów do przodu i poczułem, że coś mnie ogranicza. Ból powstrzymał mnie przed ruchem.  Uniosłem ręce do wysokości mojej szyi. Pod palcami ocierał się sznur. Zawiązany był na pęk.
O Boże.
Czym prędzej próbowałem go rozwiązać tym mniej skuteczne to było. Dłonie mi się trzęsły a spływający pot z czoła również tego nie ułatwił. Skoro duch miał odwagę trzymać nóż nade mną, równie dobrze mógł teraz kopnąć krzesło i mnie zabić. Próbowałem rozluźnić pętle. Z całej siły ciągłem oba końce aż w końcu sznur puścił a ja zeskoczyłem z krzesła.
Jeszcze nigdy nie byłem w takiej sytuacji. W sytuacji bez wyjścia. Zrozumiałem, że muszę przeczytać powieść jak najszybciej. Musiałem uwolnić rodzinę Thierin. Musiałem spalić ten dom. Musiałem wiedzieć, że przynosi to mi niebezpieczeństwo.
Musiałem umrzeć.

                            ***

   

            Kolejnego dnia stwierdziłem, że muszę zacząć realizować swój plan. Zacząłem od rozmowy z tatą. Siedział na kanapie w salonie i przysłuchiwał się melodii płynącej z gramofonu  z tym swoim nieobecnym wzrokiem, który widziałem podczas poprzedniego dnia. Na jego twarzy pojawiło się kilka dodatkowych zmarszczek a usta wykrzywione były ku dołowi. Bałem się zacząć rozmowę pierwszy ale wiedziałem, że jeśli nie uda mi się go przekonać teraz to już nigdy. W ten przykry, smutny i deszczowy dzień niemal wszystko wydawało się płynne, namacalne, upierdliwe i monotonne. Miałem wrażenie, że powietrze wypełnione jest mgłą, gęstą materią spowijającą nas, pijącą nasze dusze. Może dlatego ojciec wyglądał jak ktoś pozbawiony oddechu i życia. Sam czułem się jak to w te niedziele, kiedy nie robisz nic a czas ci się dłuży i dłuży. Wtedy kiedy za oknem grzmi, deszcz stuka o szyby a ty chowasz się w zaciemnionym pokoju wsłuchując się w myśli krążące po pomieszczeniu.
Usiadłem koło niego, spojrzałem na błyskawice pojawiające się co jakiś czas za oknem i zacząłem:
  -  Jak czuje się mama?
- Jacobie, dobrze wiesz. Podsłuchałem was pewnej nocy. – powiedział nie odrywając wzroku od … w zasadzie nie potrafiłem powiedzieć jakiego punktu.
-    Wierzysz nam?
Grzmot burzy zatrząsnął drzwiami, oknami i stolikiem pośrodku pokoju.
-    Tyle razy zastanawiałem się jak można związać się z kimś kto cię wychowywał. Jak można tego kogoś pokochać , wziąć ślub i spłodzić dziecko. Poznałem Annę w momencie kiedy umiałem powiedzieć pierwsze słowo. Twoja matka opiekowała się mną przez całe życie. Nosiła na rękach, karmiła mlekiem, śpiewała kołysanki, uczyła mówić, chodzić, funkcjonować, edukowała mnie, rozmawiała ze mną. Sprawiła, że stałem się tą osobą, którą teraz jestem.
Zamarłem. Wiedziałem, że rodzice byli mocno ze sobą związani ale nigdy nie podejrzewałem, że w taki sposób…
- Nie raz pytałem gdzie jest moja mama. Anna uczyła mnie tego określenia tak jak innych. Każdy musi wiedzieć kim jest rodzina. Zdarzało się, że nie odpowiadała albo mówiła coś ledwie zrozumiałego. Kiedyś odpowiedziała: Twoja mama umarła Jacobie. Umarła w dzień twoich urodzin. Było mi przykro, oczywiście ale żyłem przy Annie i to ją traktowałem jako przyjaciela, opiekuna. Kiedy zacząłem dojrzewać i rozumieć na czym polega piękno kobiet patrzyłem na nią i wyobrażałem ją sobie obok mojego boku. Pewnego wieczoru przyszła do mnie i zrobiliśmy to. Dziewięć miesięcy później urodziłeś się ty, Jacobie. Byłem szczęśliwy z tego, że cię mam, że mam syna i piękną żonę. Ona ciebie nie akceptowała, tak jak całej ciąży. Nie wiedziałem jaki był wtedy powód ale dziś już wiem. Moja matka żyje i jest z nami w tym domu. To Anna mnie urodziła. A ty jesteś moim synem.
Nie. To nie może być prawda. Zakręciło mi się w głowie i zrobiło niedobrze. Zwymiotowałem na dywan w salonie i zacząłem się trząść. W sercu doznałem dziwnego kołatania. Ojciec siedział niewzruszony jakby nic się nie stało. Spojrzałem na niego z obrzydzeniem, potem na siebie. Jestem tworem kazirodczego grzechu, jestem bękartem, potworem.
 -  Skąd wiesz? – zdołałem wydusić po dziesięciu minutach.
-  Dała mi swój pamiętnik.
Pamiętnik? Matka prowadzi jakieś swoje zapisy? Chciałem je dostać w swoje ręce, przeczytać i najchętniej popełnić samobójstwo. Być zrodzonym z kobiety i mężczyzny, który jest jej synem? To chore i nienormalne. W tamtym momencie miałem ochotę spalić ten dom, rodzinę i siebie jak najszybciej. Tak aby spłonął wszelaki dowód naszej egzystencji. 

środa, 6 maja 2015

Ostatni fragment rozdziału 10

~~~
                                                               ***
       
                    Obudziłem się z silnym bólem głowy. Od momentu otworzenia oczu do zejścia na dół aby zjeść śniadanie, cały czas myślałem o rozmowie z mamą minionej nocy. Boję się śmierci. Boję się własnej matki. Boję się tego domu. Nie rozumiem czemu duch mojej babki dręczy naszą rodzinę. Dlaczego jesteśmy potępieni? Chce mi się płakać ale nie pozwolę sobie na to. Płacz jest dla słabych, dla tych, którzy nie potrafią poradzić sobie z czymś trudnym. Wierzę, że jest jakiś inny sposób. Może egzorcyzmy? Gdyby tylko tata uwierzył w nasze słowa wszystko stałoby się realniejsze. Mielibyśmy szansę. W obecnym stanie czyli: niepełnoletni chłopak, obłąkana matka i surowy ojciec - nie widzę szansy na przeżycie. Spłoniemy. Nasze kości i ciało będą tlić się, dymić i płonąć aż nie zostanie z nas nic. Żadnej pamiątki, żadnego śladu, że kiedyś istnieliśmy. Znikniemy jak zdrajcy. Zginiemy za karę, za coś czego nie zrobiliśmy.
Wstałem z łóżka i ubrałem się w czyste ciuchy. Poszedłem do łazienki, obmyłem twarz zimną wodą i spojrzałem w lustro.
- Nic się nie stało. Wszystko pod kontrolą. – powiedziałem sam do siebie, wyszedłem z pomieszczenia i truchtem pobiegłem do kuchni.
Przy stole siedział już ojciec, popijał herbatę i patrzył na talerz z kanapką. Wydawał się zamyślony, przygnębiony i … niewyspany.  Uśmiechnięty usiadłem obok niego i zacząłem rozmowę:
- Dzień dobry. Jak spałeś? – przeczuwałem, że coś się kręci.
Nawet nie mrugnął.
- Jesteś tutaj? – zapytałem.
- Wiedziałeś? – mruknął.
- Słucham? – udałem, że nie usłyszałem pytania.
- Wiedziałeś? – powtórzył.
- Nie rozumiem o czym miałem wiedzieć. – szepnąłem. Może podejrzewałem, że chodziło mu o rozmowę w nocy.
Pokręcił głową i wstał od stołu.
Chciałem go zatrzymać, zapytać co się stało, przy okazji namówić aby spróbował zrozumieć mamę ale zabrakło mi odwagi. Bałem się przyszłości. Wiedziałem, że jest ona nieunikniona i, że nie mamy wpływu na nasz los. Mimo tego chciałem go zmienić. Postarać się mieć na niego jakikolwiek wpływ. Ale to tak jak z wodą. Chciałbyś umieć po niej chodzić, dotknąć jej szklanej, tak cienkiej warstwy. W rzeczywistości twój ciężar łamie ją i przepuszcza cię na dno. Nawet nie zdążysz się zorientować a już toniesz.
Zjadłem śniadanie i pobiegłem do swojego pokoju. Próbowałem obmyślić plan wydania swojej książki. Chciałbym napisać ją  jak najszybciej. Chciałem wypełnić prośbę mamy. Nie wiedziałem dlaczego tak jej zależało aby ukazała się ona możliwa do kupienia. I chyba nie chciałem poznać odpowiedzi. Jeśli mnie o to prosiła, musiała mieć jakiś powód.   
Książkę chcę zakończyć w momencie ostatecznego dnia. Tego, w którym mama zadecyduje, tego, który będzie naszym ostatnim. Z samego rana pobiegnę do pobliskiego kiermaszu i zostawię powieść z prośbą aby jak najszybciej ukazała się do kupienia. Kobieta prowadząca kiermasz zna naszą rodzinę i pewnie nie będzie robiła problemu z wydaniem mojego rękopisu na sprzedaż. Co musiałem zrobić:
- dowiedzieć się w jakim celu mam ją wydać,
- zapytać ojca o czym miałem wiedzieć,
- przekonać go aby uwierzył mamie,
- przestać się bać.


                                        ***


            Nagle, z niewiadomych przyczyn wstałem od książki i z dziwnym odpychaniem, trudem zacząłem iść do kuchni. Iść, to nie odpowiednio użyte słowo - czołgać przy ścianie. Próbowałem trzymać się jakiegokolwiek przedmiotu pod ręką ale wszystko mi się wymykało. Niewidzialna siła brutalnie prowadziła mnie do pomieszczenia, w którym kiedyś zobaczyłem owego gościa. Do pomieszczenia, gdzie Jacob Scheppelin sprowokowany przez matkę Anny próbował popełnić samobójstwo. Siła tajemniczej energii zwiększyła się powodując totalną bezwładność z mojej strony. Gdy leżałem już przy kuchennym blacie, moje nogi opadły i przez chwilę pomyślałem, że to koniec. Że mogę wstać, wrócić na miejsce, udawać, że nic się nie stało bo przecież szorowanie podłogi plecami i bycie ciągniętym przez coś lub kogoś kogo lub co nie widać to nie taka dziwna rzecz. Ludziom się to zdarza. Zakochują się. Miłość ciągnie ich do drugiej osoby.
Nie. To zły przykład.
Gdy miałem już zacząć się podnosić a moje ciało wykonało niezauważalny ruch, coś ruszyło po powierzchni blatu. Serce podskoczyło mi do gardła, krew przestała płynąć a płuca pracować. Nóż… O Boże nie.


Ostrze noża wisiało w powietrzu skierowane w dół, w stronę mojego serca. 








Przepraszam wszystkich za dość sporą przerwę. Mam nadzieję, że nadal to czytacie i choć trochę Wam się to podoba :) Dla tych, którzy lubią czytać moje wypociny mam wiadomość, że rozpoczęłam pracę nad nową powieścią. Nie będę jej tu publikować... Poczekam aż Oliver się z Wami pożegna. :)

Pozdrawiam i życzę długiej nocy.
M.K.