środa, 15 sierpnia 2012

Rozdział VIII


                       Świetnie.  Naprawdę genialnie. Zwiał. Podchodzę jeszcze raz do samochodu, schylam się i patrzę pod srebrnego jeepa. Nikogo nie ma. Jak mógł zginął skoro był duchem? Albo i nim nie był? Pomyślmy: Jestem medium, widzę duchy. Louis nie stąpał po ziemi i miał przezroczystą skórę, czyli wszystko świadczyło o tym, że był duchem. Lecz Heath nie przeleciał przez niego, co temu zaprzeczało. Do tego, wkradł się do czasu… Takie uprawnienia miałam ja, Heath i on. Czyli nasza trójka była najwyraźniej nienormalna… Inna.
                       - Musimy jechać. – powiedziałam do Heatha. On tylko wzruszył ramionami i wsiadł do samochodu. Ja zrobiłam to samo.
Odpalił silnik i jechaliśmy dalej. Przez całą drogę zastanawiałam się gdzie może być Argie. Kina są już zamknięte, centrum handlowe też. W Dallas był tylko jeden park, w którym przebywałyśmy. Wszystkie oprócz tego jednego były nam nieznane, bałyśmy się tam chodzić. Szczególnie w nocy, kiedy nikogo tam nie ma… Nie pomyślałam tylko o jednym miejscu. Rok temu zmarła jej babcia. Leonora Duchnat była wzorową, ,, dallasową” kobietą, która przewodniczyła w radzie miejscowych : RDK, Rasowe Dallasowe Kobiety. Beznadziejna nazwa, ale jak ważna była dla Leonory. Pamiętam, że Argie strasznie przeżyła śmierć swojej babci. Nadal czasami o niej wspomina.
                      - Jedziemy na cmentarz. – mówię, zwracając uwagę Heatha. Wiem, że nie był to odpowiedni pomysł, w końcu przed chwilą walczyliśmy z duchem, lub zjawą… Nie wiem nadal kim był.
                      - Nie wiem czy to dobra propozycja… - odpowiedział patrząc się w moje oczy. – Jakiego są koloru?
                      - Czemu się pytasz? Przecież właśnie na nie patrzysz. – mruknęłam, odwracając wzrok. – Kim on był?
Zaparkował przy najbliższym cmentarzu. Oczywiście nie chciał odpowiadać. Złapałam go za rękę, kiedy chciał wysiąść.
                     - Odpowiesz? – pytam z nadzieją.
                     - Tak, w swoim czasie. – wyszarpuje mi się i idzie w kierunku bramy.
Okazuje się, że jest ona zamknięta. Szarpiemy z całych sił aż w końcu Heath przeskakuje przez nią. Ląduje po drugiej stronie i mówi do mnie:
                     - Dasz radę? – uśmiecha się pokazując zęby.
                     - Tak. – zgrywam pewną siebie. Lecz zanim zdążyłam cokolwiek zrobić, Heath otwiera bramę.
                     - Jak ty to? – pytam z rozdziawioną buzią.
                     - Ma się swoje sposoby. – bierze mnie za dłoń i całuje ją. Na moich policzkach pojawiają się rumieńce i wkrótce go pytam:
                     - Odpowiesz na moje pytania w piątek?
Po chwili wpatrywania się w swoje oczy, odpowiada:
                     - Chciałbym, nawet nie wiesz jak bardzo, Lav. – i idzie dalej. Nie czekam na niego, sama błąkam się między nagrobkami. Zimne, nieprzyjemne powietrze dotyka moje ciało. Ogarnia mnie aż czuje dreszcze. Ciche szelesty liści, które niedawno spadły nadają cmentarzowi tajemniczy urok. Przypominam sobie śmierć mojego taty. Wieczorna kolacja rodzinna, pożegnanie się na dobranoc. A rano… Pustka i ból. Zmarł z powodu ataku serca. Gdy obudziła się mama, on już nie żył. Teraz przemierzając kolejne nagrobki, moje włosy jak opętane rozwiewają się na wszystkie kierunki. Łapię jeden kosmyk, który niesfornie pada mi na oczy  i odciągam go na tył głowy.
Jak wiele bym dała, by ten dzień w ogóle się nie zdarzył. Jak Argie mogła zaginąć? Nigdy nie wymykała się domu, nigdy. Była wzorem wzorowej córki. Zawsze słuchała się rodziców, wracała na czas. Może nie zginęła z własnej woli, może ktoś ją porwał?
                      - Heath! – wołam. Odwraca się do mnie i szybko biegnie. – Co jeśli ktoś ją porwał?
Robi zrzedną minę i mówi:
                      - Lav, masz takie przeczucie?
Zastanawiam się chwilę. Faktycznie, ten pomysł pojawił się w mojej głowie i jestem niemal pewna, że jej tu nie ma. A skoro nie ma jej tu, w teatrach, w parkach i w innych tego typu miejscach, to gdzie by sama poszła? Policja mówi, że ktoś taki nie mieszka w tym mieście. O Matko!
                     - Heath, ta sprawa jest poważna. Policja sądzi, że Argie Duchnat nie mieszka w tym mieście. – mówię spanikowana. – Musimy się śpieszyć!
Nic nie odpowiada. Bierze mnie za rękę i razem biegniemy przez cmentarz. Przeszukujemy każdą alejkę, każdą ławkę, na której by mogła siedzieć. Z przykrością jednak stwierdzam, że jej tu nie ma. Rzucam się w ramiona Heathowi i zalewam się płaczem. Nie potrafię się opanować. On trzyma mnie przy sobie, póki nie przestanę. Czuję się przy nim potrzebna, bezpieczna, lecz nie jest to taka czułość, jaką czułam gdy czytałam list od Lorena. W piątek wszystko się wyjaśni – myślę. Nagle z kieszeni moich spodni wydobywa się dźwięk dzwoniącej komórki. Dzwoni: Argie. Chwytam telefon i  odbieram.
                       - Argie! No ja nie wierzę! Gdzie ty się podziewasz! Właśnie szukam cię po cmentarzach, i w ogóle po całym mieście! – rzucam obelgi na przyjaciółkę.
                       - Odwróć się.
                       - Co? O czym ty… - zacinam się gdy widzę Argie stojącą obok mnie.
Odkładamy telefony i razem się w siebie wtulamy. Trwa to tylko chwilę, bo zaraz ją od siebie odpycham i patrzę się jej w oczy.
                       - No co się tak gapisz? – pyta rozbawiona.
                       - Gdzieś ty była?
Wzięła głęboki wdech, wypuszczając go po chwili.
                       - No dobra… To tak. Po tym jak twoja mama przyjechała po ciebie do szkoły, ja poszłam na lekcje. Wyjaśniłam Douglasowi dlaczego cię nie ma na drugiej matmie, przyjął to z łagodnością. Później był test z geografii, nawiasem mówiąc napisałam na pięć. Pani Smith powiedziała, że napiszesz go w następny wtorek. – odetchnęłam z ulgą. Nie chciałam mieć jeszcze problemów z nauką. – Po lekcjach poszłam do domu. Opowiedziałam o tobie mojej mamie i pozwoliła mi do ciebie pójść. Więc tak zrobiłam. Kierowałam się w kierunku twojego domu ale nie uwierzysz co się dalej stało! Spotkałam Teddyego!
                        - Argie, proszę nie mów, że do niego wróciłaś. – powiedziałam z nadzieją, że odpowiedź będzie przecząca.
                        - Oczywiście, że nie! Nie jestem taka głupia. Wręcz przeciwnie, wygarnęłam mu! – zachichotała.
                        - No, muszę przyznać, że jestem z ciebie dumna. No ale tak długo z nim gadałaś?
Zawahała się. Miałam takie wrażenie, że nie chce się przyznać co dalej się z nią działo. Jednak to, musiała mi powiedzieć. Wszyscy się o nią bardzo martwiliśmy.
                        - Już byłam blisko ciebie, gdy … zobaczyłam Davida. Nie uwierzysz co robił.
Domyśliła się. Już wie, że Dev jest gejem. Pewnie musiało być mu głupio. Zauważyła go pewnie z Markiem. Szkoda mi mojego przyjaciela, ale powinien być przygotowany na to, że wkrótce Vee i Argie zauważą kim jest.
                       - Argie, ja wiedziałam od samego początku. Nie wiń go za to. Wiesz, nie miał wyboru. Taki już się urodził. A my przyjaciele musimy go wspierać. – zanim zdążyłam jeszcze cokolwiek powiedzieć, Arg podniosła rękę i spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem.
                       - Przepraszam? O czym ty mówisz? – pyta mnie zdezorientowana.
                       - A ty o czym? – słyszę cichy śmiech Heatha. Stał cały czas przy mnie, bacznie obserwując i słuchając naszą rozmowę.
                       - Zobaczyłam jak David trzyma się za rękę z Maggie i razem idą do jego domu! A o czym ty myślałaś?
David i Maggie? Nie, no przecież to absurd.
                       - Argie, to nie mógł być on, przecież on jest gejem… - nie zauważam nawet kiedy wypowiadam te słowa. Miałam dochować tajemnicy, a tymczasem moja przyjaciółka już patrzy na mnie jak na opętaną.
                       - Lav, dobrze się czujesz? Może masz gorączkę? – pyta, dotykając swoją dłonią mojego czoła. Szybko ją strzepuję i mówię:
                       - Argie, rozmawiałam z nim. Przyznał mi się do tego. Bał się nam powiedzieć, bo myślał, że przestaniemy go lubić. Miałam na razie nic nie mówić, ale wygadałam się. – przyznałam ze skruchą.
                       - Lavende Purry! – woła. – Czemu ty nic mi wcześniej nie powiedziałaś?!
                       - Dev mi zakazał. – przyznaję. Tak naprawdę to nie było do końca kłamstwo. Mówiłam całkowitą prawdę.
                       - Dobra pogadam z nim. No ale słuchaj! W każdym razie, podeszłam do niego i spytałam się go co tu robi i w dodatku z tą wydrą. On spojrzał na mnie i mówi: Odprowadzałem ją do domu. A ja na to: Za rękę. A on: Nie można? Po czym odszedł.
Dziwne, że Dev tak nagle, spotkał się z Mag, przecież nienawidził jej tak jak my. A szczególnie wiedział, że ja jej bardzo, ale to bardzo nie znoszę. Co prawda widziałam, że czasami przyglądał się jej, ale teraz skoro wiem, że jest gejem niemożliwe było to, by chciał z nią chodzić. Muszę z nim jutro pogadać. Musimy.
                        - Jutro z nim pogadamy, a teraz idziemy do domu, ok.?
                        - Jasne. – odpowiedziała, równocześnie z Heathem.
                        Razem podeszliśmy do srebrnego jeepa i wsiedliśmy do środka. Zaraz przypomniało mi się, że czas nadal jest zatrzymany a Argie normalnie rozmawia… Tak jak ten duch, czy zmora – nadal nie wiem kim był – tak jak ja, Heath. W dodatku policja powiedziała, że nikt tu taki nie mieszka. Z nią jest coś nie tak. I to bardzo nie tak. Postanowiłam skontaktować się z Heathem.
Słyszysz mnie?
Tak.
Czemu Argie normalnie rozmawia, skoro czas jest nadal zatrzymany?
Nie wszyscy są tym za kogo ci się podają, Lav. Zapamiętaj to sobie.
Heath, proszę nie bądź skomplikowany.
Ja nie jestem skomplikowany, to ty taka jesteś.
Słucham?
Wymyśliłaś sobie, że policja powiedziała tak o Argie. Widzisz, tak naprawdę nic takiego nie mówili.
Skąd możesz to wiedzieć?
Ja też jestem inny, z resztą jak reszta tego miasta. Nie jesteś wyjątkiem.
,, Ja też jestem inny, z resztą jak reszta tego miasta. Nie jesteś wyjątkiem” – słowa te spowodowały, że drugi raz już w tym dniu, nie mogę opanować swoich myśli. Od pojawienia się w moim życiu Lorena i Heatha mam cały czas mętlik w głowie. A może to nie oni namieszali. Może jest tak jak mówi Heath. To ja jestem skomplikowana.


Przepraszam, że nie dodawałam wcześniej żadnego nowego kawałka ale wyjechałam w góry... : ) Teraz będą pojawiać się codziennie. Pozdrawiam :)


sobota, 4 sierpnia 2012

Rozdział VII :)


                                    - Lav, idziesz?  Co tak tam stoisz? – woła z oddali moja przyjaciółka. Nerwowo chowam list do kieszeni spodni i całuję płatek kwiatka.
                           - Ładny prawda? – ktoś szepcze mi do ucha. Czuję przerażenie, przed chwilą nikogo tu nie było. Ale zaraz się uspokajam bo wiem kto to jest. To Heath.
                           - Tak, piękny. – odwracam się do niego tak by stanąć z nim twarzą w twarz. Podejmuję szybką decyzję i jednoznacznie go pytam: - Ty go napisałeś?
Robi dziwną minę, a ja czuję się jakbym połykała kamień. Co jeśli on jest naprawdę Lorenem? Co jeśli kłamał mówiąc mi, że nim nie jest?
                           - Nie wiem o czym mówisz. – nerwowo przeciera dłonie o spodnie. – Słuchaj, porozmawiamy później, teraz idź do przyjaciół… - wskazuje palcem Davida.
Nie pozwolę by mnie okłamywał. Teraz ja przejmuję pałeczkę.
                           - Mam nadzieję, że wyjaśnisz mi wszystko w piątek. – odchodzę od niego pewnym krokiem. Oblewa mnie fala gorąca. Nie wiem co się ze mną dzieje. Podbiega do mnie, ktoś podbiega, łapie mnie za głowę i przetrzymuje a ja… a ja krzyczę… Wrzeszczę. Wszystko mnie boli. Dostaję gorączkę. Oczy puchną. Kolejna wizja. Nie! David i on nie mogą się o tym dowiedzieć! Nie teraz.
                           - Idźcie stąd! Wszyscy! Biegiem! – krzyczę bez opamiętania.
Wiedziałam, że nikt mnie nie posłucha. Kiedyś muszą się o tym dowiedzieć. Nie mogą się ze mną przyjaźnić, kiedy nie wiedzą kim naprawdę jestem. Przestaję myśleć, tylko zaczynam widzieć.
                 Stoję przed drzwiami swojego domku i patrzę się na popiół leżący na trawniku. Wygląda to zupełnie jak, jak, jakby ktoś się spalił. Popiół jest czarny, tak jak kwiat, który przed chwilą widziałam. Podchodzę do niego ostrożnie i biorę go w dłoń. Zbliżam go do nosa i czuję zapach morskiej wody… O Boże! To, to po jego spłonięciu. To jest popiół, który został po Lorenie. Nagle spanikowana biegnę z powrotem do domku. Zamykam drzwi i kładę się w swoim łóżku. Staram się zasnąć i delikatnie, powoli zamykam oczy. Lecz coś mi przeszkadza, coś mi nie pozwala zasnąć. To jeszcze nie koniec wizji. Wiem o tym. Nagle instynktownie podnoszę poduszkę i widzę czarne pióra. Przypominam sobie wszystko… To jak widziałam gdy spadało coś białego i to okazało się być tym samym co teraz widzę pod poduszką. To coś pochodzi od Lorena. Zaraz widzę obraz gdy zamykam za sobą drzwi pokoju i z bolącą głową zamykam się w sobie i próbuję zasnąć, i właśnie wtedy to widzę. Widzę jak spadamy! To jest to! Te wszystkie wizje łączą się w całość! Najpierw zabijamy się. Razem płoniemy i lecimy. Gdy nagle jesteśmy przy moim domu to on puszcza mnie, nie jest na odwrót. Spada na mój trawnik i zostaje po nim tylko popiół. I pozostawił po sobie tylko czarne pióra. Tylko jak one się tu znalazły? I skąd on mógłby je mieć? Chyba wizja nie chce bym poznała całą prawdę dlatego się kończy.
Budzę się leżąca na kolanach Argie, która nerwowo głaszcze mnie po włosach. Już dawno zaczęła się lekcja. Wiem o tym.
                        - Już w porządku. – mówię nieszczerze. Znów napływa na mnie fala gorąca. Nie, byle nie kolejna… - Do domu…
                        - Tak, tak wiem. Heath już zadzwonił po twoją mamę. Wziął twój telefon. Nie obrazisz się, prawda?
Uśmiecham się i zasypiam.
***

                     Nic nie pamiętam. Budzę się rozkojarzona w swoim łóżku, kompletnie nie pamiętając o czym była moja wizja. Nic, pustka. Znam to uczucie bo ktoś stosował to na mnie już od dnia, w którym go zobaczyłam. Pamiętam jedynie, że coś wcześniej sobie przypomniałam, do czegoś doszłam. Wiem, że to nie problem dla mnie przywołać obrazy przeszłości ale nie mam pojęcia czy tego chcę. Chyba jeszcze nie teraz.
                     Powoli, ociężale wstaję ze swojego łóżka i ciężko stąpając nogami podchodzę do okna. Odsłaniam firankę i go widzę. Widzę jak spada i płonie! To Loren! Nagle sobie przypominam. Przypominam sobie te oczy. Zaraz pojawiają się białe pióra. Szybko biegnę na dół i wychodzę z domu. Na trawniku leży mój Loren. Cały zdruzgotany uśmiecha się do mnie i pokazuje mało widocznie, żebym podeszła. Tak właśnie robię. Stąpam niepewnie zmierzając w jego kierunku. Kiedy wreszcie jestem przy nim, nachylam się i siadam koło niego. Biedny zaraz zniknie. Spali się.
                    - Co mogę dla ciebie zrobić? – pytam cichym tonem głosu.
                    - Narodź się na nowo.
I znika. A ja razem z nim.
***
       
                    Ponownie się budzę, tym razem wiedząc o wszystkim. To był tylko sen.
                    Znów wstaję z łóżka podchodząc do swojego telefonu, leżącego na białym stoliku stojącym przy drzwiach. Biorę komórkę w rękę i wystukuję numer Argie. Po pierwszym sygnale odbiera jej mama:
                   - Witam Lavende. W czymś pomóc?
                   - Czy Argie jest w domu?
  Po chwili namysłu pani Duchnat odpowiada:
                   - Nie, nie ma jej. Coś przekazać?
                   - Tylko to, że jak będzie w domu, niech do mnie oddzwoni.
                   - To wszystko?
                   - Tak. – odpowiadam i po chwili się rozłączam.

                   Tylko jedno zdanie chodzi mi teraz po głowie: ,,Narodź się na nowo”. Wiem co to oznacza. I myślę, że jeszcze jedna osoba o tym wie, a mianowicie Heath.
                   Nie mam tylko jego numeru telefonu, więc nie mogę do niego zadzwonić. Muszę pójść. Raz się żyje.
Cichutko schodząc na dół, przypadkowo podsłuchałam rozmowę Reachel z panią Stewart a tak przynajmniej mi się wydawało.
                   - Vee, naprawdę jej tu nie ma. Nie wiem co robić… Tak się o nią martwię. Chciałabym nie mówić o tym Lav ale wiesz jaka ona jest. Prędzej czy później i tak się dowie.
Nie wytrzymałam napięcia. Zeszłam z ostatniego schodka schodów i zapytałam głośno:
                   - Dowie, o czym? – mama gwałtownie się obróciła. Ujrzałam na jej policzkach smugi po łzach. Coś się stało. I to bardzo złego.
                  - Vee, muszę kończyć. Lav się obudziła.  – odłożyła słuchawkę i bezszelestnie podeszła do mnie.
Spojrzała mi w oczy i załkała. Postanowiłam spytać się jej co się stało.
                  - Mamo, powiesz mi?
Potaknęła głową i zaczęła mówić:
                  - Argie zaginęła…
Zamurowało mnie. Ugięły się pode mną kolana. Moja najlepsza przyjaciółka zaginęła a ja nie jestem nic w stanie zrobić. No bo co? Zadzwonić do niej? Zostawiła telefon w domu… Poszukać jej? Nie mam samochodu. O Matko! Wiem!
                 - Mamo, opowiedz mi wszystko co do szczegółu.
                 - Vee zadzwoniła do mnie spanikowana, że była u Argie w domu i jej mama powiedziała, że nie pojawiła się w domu od trzech godzin! Była co prawda zaraz po szkole zostawiając tam swój telefon, ale potem wyszła. Sądziła, że idzie do ciebie. Dlatego Vee zadzwoniła do nas i spytała się czy jej tu nie ma. To dziwna sprawa bo…
                 - Bo?
                 - Bo policja sądzi, że nikt taki w tym mieście nie mieszka…
Argie Duchnat? Naprawdę?! Czy to jest jakiś chory horror, przez którego muszę przechodzić? Nie, no przecież nie wymyśliłam jej sobie! Moja mama też nie, ani David, ani Maggie, ani Heath… Heath! Muszę do niego pójść.
                   - Jej rodzice już dzwonili na policje?! – pytam nadal zdezorientowana.
                   - Tak. – przytuliła mnie.
                   - Mamo, nie ma na to czasu. Która godzina? – mówię zła. Najchętniej położyłabym się spać, ale wiem, że tego zrobić nie mogę.
To moja najlepsza przyjaciółka, a ja nie mogę siedzieć bezczynnie.
                    - Jest po dziewiątej, a co?
Po dziewiątej? To ile ja musiałam spać? I nie było mnie na teście z geografii… O Boże! Co tu się ostatnio dzieje? Od czasu gdy pojawił się Heath w realu i Loren w głowie, dzieją się straszne rzeczy.
                     - Wychodzę i nie wiem kiedy wrócę. Ale nie martw się o mnie. Będę u Davida, musimy pomyśleć gdzie ona może być.
Mama przyjrzała mi się bezradnie i tak już nie mając siły na sprzeczkę, więc po prostu przytaknęła a ja zaraz trzasnęłam drzwiami.
                       Pędziłam jak szalona. Biegłam do celu ale wiedziałam, że zaraz i tak będę musiała się zatrzymać. Biec by wreszcie stanąć.
                     Heath?
                       Tak?
                      Proszę, pomóż mi.
Zero odpowiedzi. Spróbuję jeszcze raz:
                  Błagam, boję się.
                    Już jadę.
                   Wiesz chociaż gdzie?
                      Do ciebie. Widzisz mnie?
                  To już tu jesteś?
                 Tak.
Rozglądam się pospiesznie i zaraz mu odpowiadam:
               Widzę.
Bez odpowiedzi wychodzi ze swojego jeepa i biegnie do mnie, mocno mnie przytulając. Ogarnia mnie ciepło i zapach fali morskiej. Pachnie zupełnie jak… O Boże. Pachnie tak jak Loren!
Odpycham go od siebie i przyglądam mu się. On wpatruje się w moje brązowe oczy i lekko przybliża się do mnie, mówiąc:
                    - Nic nie mów, wiem w czym ci pomóc. Zatrzymać czas?
                    - Tak. – mówię pewnie i z uśmiechem stwierdzam, że nic się nie rusza oprócz nas.
                    - Dzięki. Słuchaj moja przyjaciółka zaginęła. Nikt nie wie gdzie jest i okropnie się o nią martwię, bo zobaczyłam jak w wizji ona umiera… O nie! – wygadałam mu się! I co teraz?! Myśl spokojnie, myśl spokojnie. Grunt to uspokojenie się.
                   - Lav myślisz, że ja nie wiem? – pyta mnie pociągając mnie za rękę i idąc w kierunku samochodu.
                   - O czym nie wiesz?
                   - O twoich zdolnościach jasnowidza. Jesteś medium, prawda?
                   - Skąd ty wiesz?
                   - Dowiesz się w najbliższym czasie.
Wsiadamy do samochodu. Próbuję się spojrzeć na jego oczy, by choć raz stwierdzić, że są one rudo-brązowe tak jak po raz pierwszy je zobaczyłam. Dzisiaj są czysto błękitne. Nie ubrał się już w czarne ciuchy, tylko w śnieżno- białe. Zmienił się bagatelnie. Sposób mówienia, postępowania. Heath nie przytuliłby mnie tak czule na przywitanie. Mógłby to zrobić tylko jeden chłopak. Loren. I ten zapach, wszystko podpowiadało mi, że to on tu teraz ze mną jest. Ale nie mam odwagi by spytać się go kim naprawdę jest.
                    Dojechaliśmy właśnie do naszego ulubionego parku w Dallas, który teraz jest zupełnie pusty. Zawsze z Argie, Davidem, Veeką chodziliśmy tu po lekcjach. Nerwowo wysiadłam z samochodu, czekając aż On ( nie wiem kim dokładnie jest ) zaparkuje jeepa. Wkrótce biegnę przed siebie i szybko się rozglądam. Nikogo tu nie ma- mówi z oddali Heatho – Loren. Biegnę z powrotem do auta. Otwiera mi drzwiczki ale ja kogoś widzę po drugiej stronie ulicy. Ten ktoś, ubrany w czarny garnitur, zmierza mnie wzrokiem. On lśni. Jego ciało jest przezroczyste, a stopy nie sięgają podłoża. Wiem kogo widzę. Ducha.
                   - Heath?! Możemy pójść tam? – pokazuję palcem faceta, który ,,opiera” się o pień drzewa.
                    - Widzisz ducha?
                    - Tak. Ale nic mi nie zrobi. Czuję to. Jest bezbronny.
                    - Idę z tobą. – nie czeka na moją odpowiedź tylko bezszelestnie zmierza ku duchowi. A ja idę za nim.
Duch w garniturze wygląda strasznie, przerażająco. Minę ma wygiętą w uśmiechu ale jego oczy płaczą smutkiem.
                    - Duchu porozmawiaj ze mną. Widzę cię. Jestem medium. – witam się a on w odpowiedzi zbliża się do mnie i podaje mi dłoń. Patrzę na mojego towarzysza. Heath czy Loren odciąga mnie od niego.
                    - Chciałem się tylko przywitać… - wyjaśnia szeptem.
                    - Duchu, jak ci na imię? – pytam.
                    - Mówią na mnie Jerry ale tak naprawdę nazywam się Louis De’ La Corazone.   
                    - Bardzo ładne imię Jerry. Czemu nie odszedłeś, tylko błąkasz się po świecie dnia?
                    - Bo tam nie ma dla mnie miejsca. – unosi wzrok, patrząc w niebo. Heath patrzy zaraz za nim. Wkrótce robi złowrogą minę i mówi powoli :
                    - Lav, wycofaj się. Wsiadaj do samochodu! – rzuca mi kluczyki do stacyjki.
                    - Heath, o czym ty mówisz?
                    - Nie! – krzyczy i rzuca się na ducha. O dziwo, nie przeleciał przez niego. Duch nie był duchem. Okłamał mnie. Był czymś innym, czymś co wyraźnie mi zagrażało, skoro Heath tak szybko zaaragował. Mimo jego zastrzeżeń nie uciekłam. Ani mi się śni, żebym zostawiła go tu samego. Ale chwila?! Ten ktoś połamał zasady jego mocy. Wdarł się do zatrzymanego czasu! Był nadludzki. Teraz to ja rzucam się na nieznajomego.
                    - Lavende! Do samochodu! – wrzeszczy Heath. Louis wyraźnie jest nad Heathem. Ale nie trwa to długo. Zaraz to on wygrywa. Ja jedynie nie mam za bardzo robić. Po tym jak skoczyłam na Jerrego, Heath szybko mnie od niego odciągnął. Wpadam na inny pomysł. Szybko biegnę do samochodu. Wsiadam do niego i odpalam silnik. Szkoda tylko, że nie mam prawka. Z największą prędkością staram się wjechać na żywego ducha. Heath widząc co próbuję zrobić, gwałtownie, w ostatnim momencie odsuwa się od Louisa. Wszystko nagle zakołysało a ja, nie zapinając pasów uderzam głową o kierownicę. Nagle przede mną pojawia się postać Heatha, która stara się zatrzymać auto. Udało mu się bo byłam o centymetr od drzewa przy, którym stał nieznajomy. Otworzył drzwiczki od jeepa i wyciągnął mnie. Następnie delikatnie położył na swoich kolanach, siadając na trawniku. Widzę jak nachyla się nade mną i pociera czymś moje czoło. Ja tymczasem widzę wszystko jak przez mgłę, wszystko się rozmazuje. Coś poczułam. To słodki zapach… Krew. Na moim czole jest krew, i właśnie to ściera teraz Heath.
                   - Dziękuję. Chciałam tylko pomóc. – wyjąkałam.
                   - Wiem. Możesz wstać?
                   - Chyba tak. – odpowiadam i wstaję na nogi przy odrobinie jego pomocy.
                   - Lav?
                   - Tak?
                   - Jesteś pewna, że po nim przejechałaś?
                   - Tak…
                   - Bo widzisz, jego tu nie ma. – mówi a ja dębieję.  



piątek, 3 sierpnia 2012

Rozdział VI


                  Co on robił w moim domu?! Co  on robi w ogóle na tym świecie?! Przecież myślałam, że jest to tylko wytwór mojej wyobraźni… A, a przecież on nie istnieje, przecież nawet go nie znam. Skąd mógłby wiedzieć gdzie mieszkam, i kiedy mam test z geografii… A może zamieszany w to był jeszcze jeden chłopak… Chłopak, który uważa, że umie zatrzymywać czas… Chłopak, który ma na imię Heath i jest niewiarygodnie tajemniczy.
                  - No nie zamęczam cię już, idź do szkoły i przynieś piątkę, jak zawsze kochanie. – uściskała mnie na pożegnanie a ja wściekła wybiegłam z domu.
                  Co ten cały Heath sobie myśli! Ale jestem wkurzona. – burknęłam w myśli. Z drugiej strony biorąc, to jego imię nie zaczyna się na literę L. Chyba, że ma drugie imię… To by wyjaśniało, dlaczego w wizjach i w snach jest Lorenem a w rzeczywistości jest Heathem. Po prostu nie chce się przyznać kim naprawdę jest. Jakby chciał to ukryć. Ukryć przede mną… Trzeba zajrzeć do jego dokumentów szkolnych… Przecież on może czytać w myślach!
                   Idę dalej, przed siebie nie myśląc o tym, że wszystko jest nieruchome, ani o tym, że Heath może jest Lorenem, ani o tym, że za chwilę mam test… Myśląc o niczym. Patrzę na domki szczęśliwych, amerykańskich rodzin, na ogrody starszych obywatelek Dallas, przy okazji na moją starą, nudną szkołę, w której nigdy nic się nie dzieje, aż do czasu kiedy pojawił się Heath lub Loren, eh nie ważne…
Powoli, bez pośpiechu wchodzę do szarego budynku, w którym na korytarzach już jest pusto, następnie otwieram drzwi od mojej klasy i siadam w swojej ławce, patrząc jak pan Douglas sprawdza listę obecności. Myślę sobie: Już, i wszystko wraca do normy.
                  - O panno Purry, miło, że pani nas zaszczyciła swoją obecnością…- wydukał profesor.
                   - Mi też miło pana widzieć. – uśmiecham się promiennie.
Douglas patrzy na mnie ze zdziwieniem i kontynuuje sprawdzanie obecności.
                     - Lav! – ktoś pisnął po cichu.
Rozglądam się po sali i widzę piłującą paznokcie, diablicę Maggie, piszącą kolejny wiersz Mary, nadąsaną Ann i malującą Vee. Ani śladu Argie i Davida… Kurcze, nie przegapili by matematyki… Nie oni.
                      - Do licha Lav! – ktoś znowu się odzywa.
                      - Co jest? – mówię naburmuszona. Profesor zwraca na mnie uwagę i kręci głową. 
                      - Chcesz coś powiedzieć? – pyta mnie z czerwoną twarzą.
                      - Nie, przepraszam. – wyjąkałam.
                      - W porządku. Lavende Purry? A, pani jest. – skinął głową.
Odwróciłam się w kierunku okna. Nie wiem dlaczego to zrobiłam, po prostu moje oczy skierowały się akurat tam. I wtedy zobaczyłam Argie i Davida, którzy jak szaleni przepychali się do okna by mnie zobaczyć i pomachać.
                     - Lav! Wyjdź do nas! – pisnął Dev.
                     - Panie profesorze? – spytałam cieniutkim głosem.
                     - Tak Lavende?
                     - Mogłabym wyjść do toalety?
Głośno odchrząknął i odpowiedział jednoznacznie:
                     - Nie…
                     - Co za dziadzisko… - powiedziała głośno Argie.
Profesor wstał od biurka, rozejrzał się po klasie i spojrzał na mnie spod okularów.
                     - Lavende Purry! Do dyrektora! – zażądał. Maggie zaczęła się cicho śmiać ale nagle do sali wpadł pewny siebie Heath. Uśmiechnął się do mnie z ukosa i powiedział do Douglasa:
                     - Panie profesorze! Pani Young źle się czuje, prosi o pana pomoc… Zaraz tu będzie Pani Stewart i zaopiekuje się swoją klasą. – skierował oczy wprost na moje i zaraz dokończył swoją przemowę – A Lavende Purry jest wołana do sali chemicznej, podobno mają z czymś problem.
Profesor przez chwilę się wahał ale zaraz odpowiedział, idąc w kierunku drzwi i Heatha.
                    - Lavende do chemicznej! Heath i ja pójdziemy do pani Dyrektor. Siedźcie cicho. – o ich wyjściu z sali padło kilka szeptów:
                    - Taa, siedźcie cicho.
                   - Maggie, idziemy dzisiaj do kosmetyczki?
                   - Lav chodź wreszcie!
Szybko znalazłam się w sali chemicznej. Czekałam dobre pięć minut aż w końcu zjawił się Heath, Argie i David.
                  - Co wy tu robicie? Powinniście właśnie siedzieć w ławkach i słuchać muzyki!
Każdy z moich znajomych spojrzał po sobie i miał wyraźnie zdziwioną minę.
                  - Yyy, no Lav, nie myśleliśmy, że cię tak wkurzymy. – odparł Dev. Dziś miał na sobie niebieski sweter i dżinsowe rurki. Heath za to ubrany był w białą koszulę i czarne spodnie.
                  - O co chodzi? – pytam z zakłopotaniem.
                  - Bo, bo my coś odkryliśmy.
Argie podeszła do mnie, wzięła mnie za rękę i powiedziała na ucho:
                 - On jest taki fajny!
Dałam jej znak ostrzegawczy ale szybko go zignorowała.
                 - Twój wspaniałomyślny przyjaciel Heath, ja i Dev w drodze do szkoły spotkaliśmy się i szliśmy razem do szkoły aż tu nagle, bach! Ale co to naprawdę było to musisz już sama zobaczyć.
O czym oni mówili? I jakim cudem Heath jest tu z nimi skoro miał być teraz z Douglasem?
                - Dobra. Pójdziemy na przerwie, która jest…
                - Teraz. – równo z wypowiedzianym słowem przez Heatha, zadzwonił dzwonek. Ten chłopak naprawdę nie jest normalny. Miał kontrolę nad czasem. Może był… uzdolniony paranormalnie tak jak ja? A może był jeszcze kimś innym, kimś kto nie może istnieć, kimś kto nawet nie ma do tego prawa, bo takie rzeczy nie dzieją się na tym świecie.
                Bez słowa wyszłam z chemicznej i pobiegłam ku drzwiom wyjściowym.
                 - Czekaj! – zawołała Argie. – Nie tędy! Musimy pójść do szkolnego ogrodu.
Szkolny ogród- największa atrakcja szkoły, mimo to, że nikt tam nie chodził, bo nie miał nawet jak wejść. Co prawda, kiedyś wstęp tam był wolny ale od czasu gdy Teddy wraz ze swoją ekipą : Ledym, Garettem i Andriem włamali się na teren szkolny a później do ogrodu, dyrektorka powiedziała stanowcze : NIE!, żeby wstęp był wolny. Teraz stanowił on po prostu dekorację do szkoły. Więc jak moglibyśmy tam wejść? No jasne. Czemu wcześniej na to nie wpadłam…
Podeszłam do Heatha na tyle blisko by szepnąć mu do ucha łatwe pytanie:
                  - Zatrzymałeś czas?
Nie odpowiedział. Zaśmiał się i z promiennym, zawadiackim uśmieszkiem odszedł ode mnie, podchodząc do bramy prowadzącą do celowego nam miejsca. Razem z Davidem ją rozbroili a następnie weszli do środka.
Wszędzie, gdzie nie spojrzeć były kwiaty. Konwalie, bratki, niezapominajki, hiacynty. Wszystkie były innego koloru, począwszy od białego do czarnego. I to właśnie ten ostatni mnie zainspirował. Czarny jak smoła i wielki jak  ja. Przeginał się to na prawo, to na lewo. Kwitnął. Był już prawie rozwinięty. Wpatrywałam się na niego i zauważyłam, że pod jego ciemnozielonym liściu leżała koperta, również czarna jak on. Na tyle koperty, białym atramentem było napisane:   Loren   . A gdy ją otworzyłam, zobaczyłam list. Od niego…
                Droga Lav,
Jak bardzo chciałbym byc teraz z toba, ale wiem ze to po prostu niemozliwe… Po naszym upadku, nie wiem czy cokolwiek pamietasz ale to juz niewazne czy tak jest czy nie. Wazne ze wiesz ze cie kocham. Kochalem, kocham i bede kochac. Nie wiem czy ty to samo czujesz do mnie ale mam serdeczna nadzieje ze tak. Wybacz ze pisze z bledami ale bardzo mi sie spieszy.  Postaraj sie mnie zrozumiec. To bardzo Wazne.
             Wiem ze ostatnio mialas wizje, ona dotyczyla mnie, ciebie i twoich przyjaciol. Widzisz jedna z nich juz sie sprawdzila. Tyle ze w innej wersji. To nie Maggie nas tak naprawde zniszczyla ale kto inny. Ten ktos jest w twojej szkole i probuje sie do ciebie dobrac. Prosze uwazaj na siebie.
Musisz wiedziec ze nadchodzi potezne zlo. I tak naprawde ty i ja mozemy je zwyciezyc. Niedługo przysle ci inny list, co prawda w tym samym miejscu bo wiem ze jest tu bezpieczny. Chciałem tylko dodac ze to ja napisałem ci ta wiadomosc na tablicy. I prosze, nie obwiniaj za nic Heatha. On jest niczemu winny. Znam go lepiej niz ty.
Zanim sie pozegnamy pragne napisac ci pare slow…
              Korzystaj z zycia, poki mozesz. Ciesz sie kazda chwila spedzona z Nim. Mysle ze wiesz o kogo chodzi. Kochaj kogo tylko mozesz by tego kogos uszczesliwic. Zyj tak jak chcesz, wszystko jest twoje. Nie zwracaj uwagi na ludzi którzy cos o tobie szepcza, zwroc uwage na ludzi którzy do ciebie mowia. Badz szczesliwa ze wszystkiego. Zycze ci abys nigdy nie była smutna. Abys nigdy w siebie nie zwatpila. Zebys doznala prawdziwej milosci. Abys dlugo zyla z kims kto naprawde cie kocha. Zycze ci abys w pewnej chwili sie nawróciła. Abys nie przestala mnie kochac.
                                            Twój na zawsze,
                                                           Loren. 


                 Stałam nieświadoma niczego z kartką w dłoni i nie wiedziałam co mam myśleć. On mnie naprawdę kocha… I ja chyba jego też. Jak wiele dla mnie to znaczyło, aż za wiele. Jak bardzo tego potrzebowałam, aż za bardzo.



Podobał wam się list? 

czwartek, 2 sierpnia 2012

Rozdział V.


Dzisiaj szykuje się bardzo trudny test z geografii, czyli największa zmora uczniów. Dodatkowo pani Smith jest tak wkurzająca, że czasami uczniowie wymykają się z lekcji mówiąc: Pani Profesor, można pójść do toalety?
                Niestety z czasem się zorientowała co się kręci, więc nikomu nie pozwalała wychodzić z sali, póki trwają lekcje. Przez to jest jeszcze bardziej denerwująca.
                Na samą myśl o geografii prychnęłam.
                - Co to miało być? – pyta moja przyjaciółka wyraźnie rozbawiona. Uczesała dziś swoje niesforne blond loki w dwie kitki, wyglądała tak słodko i pięknie. Na dodatek ubrała się w swój czarny strój dnia oznaczający: ,, NIE PODCHODZIĆ!”. Jej słodkie kitki i przerażający strój równały się ze sobą mówiąc: ,, MOŻE I JESTEM SŁODKA ALE NIE MAM DZISIAJ HUMORU!”.
 Ja za to zrobiłam sobie długiego warkocza z tyłu głowy i ubrałam fioletową tunikę. Włożyłam też czarne spodnie, które idealnie kontrastowały z bardzo wyraźnym fioletem tuniki.
               - Jesteś w nie humorze, co? – spytałam z uśmiechem.
               - Taa, dlatego ten strój. Chyba dobrze wyglądam?
               - Jak zawsze, Argie. – poklepałam ją po ramieniu i pociągnęłam w kierunku drzwi.
                - Zwariowałaś? – szepnęła spanikowana. Zupełnie zapomniałam o tym, że jej rodzice nie wiedzą, że tu jestem…
                 - Jak mam wyjść? – zapytałam. Argie w odpowiedzi spojrzała na okno, później na mnie, sugerując, że powinnam wyjść właśnie oknem. – Nie, to ty zwariowałaś. – zawtórowałam. – Nie dam rady. Przecież jest tak wysoko.
                 - Oj proszę cię, masz drzewo! I gałęzie, i mnie do pomocy, EH!
Oho. Wpadła na jakiś bardzo głupi pomysł. Zawsze tak robiła.
                 - No co? – pytam z niedoczekaniem.
                 - Lubisz moje prześcieradło? – śmieje się.
                  - No nie! Mam udawać faceta, który ucieka z więzienia biorąc prześcieradło?
                  - To będzie zupełnie jak w ,,Skazany na śmierć”. Super! – mówiła podekscytowana. Miałam ochotę ją udusić.
                   - Nie!
                   - Proszę?
                   - Argie, nie. Zapomnij o tym. – powiedziałam poważnie.
                   - Błagam. – spojrzała na mnie błagalnie, wybałuszając oczy.
                   - Ok., poddaję się. Dawaj to prześcieradło.
Podeszła do łóżka z promiennym uśmiechem i podała mi niebieską tkaninę.
                   - Dzięki. Potrzymasz? – pytam oddając jej jeden z rogów.
                   - Pewnie. No to jedziesz, maleńka. – zachichotała.
                   - Uważaj, bo mogę w każdej chwili cię za to pociągnąć. – uniosłam drugi róg.
Nie odpowiedziała. Podeszłam do okna głęboko wzdychając. Muszę się śpieszyć – myślę.
Uważaj na siebie, proszę. Nie chciałbym, żeby coś ci się stało.
Dobrze, będę uważać Lorenie, czy kimkolwiek tam jesteś.
Wyrzuciłam jeden z końców prześcieradła przez okno. Złapałam się strony trzymanej przez Argie i powolutku zjechałam na trawnik. Teraz szybko uciekać.
Po pięciu minutach zobaczyłam Argie, czołgającą swój plecak. O do licha! Zapomniałam! Miałam przy sobie tylko torbę, którą brałam do Davida.
                  - Argie! Muszę biec do domu, po plecak! – krzyknęłam do niej spanikowana.
                  - Nie zdążysz, lekcja matematyki zaczyna się za piętnaście minut. Musiałabyś najpierw iść w kierunku Davida, później do domu. Może jest ktoś w okolicy, kto mógłby cię podwieźć?
Spochmurniałam. Oczywiście, że jest taka osoba! Nawet nie znam jej imienia. Nie mam wyjścia, no po prostu nie mam. Muszę pójść do pana ,, tajemniczego”.
                  - Tak, mam. To ja lecę, do zobaczenia w szkole! – pożegnałam się, dając jej całusa w policzek.
Odwzajemniła go a ja pognałam w kierunku Lorena. O ile nim był.
                 Za rogiem najbliższej ulicy dostrzegłam wielki, czarny dom, obrośnięty zaroślom. Wczoraj nie miałam jak go obejrzeć. Miał urok, nie ma co. Zapukałam do drzwi. Nic. Kolejny raz. Nic. Walnęłam pięścią. Otworzył.
                   - O to ty. Przepraszam, że nie otwierałem, ale powoli zasypiałem.
                   - Nie idziesz dzisiaj do szkoły? Mamy przecież test z geografii?! – spojrzałam na niego wymownie.
                   - Taa, idę ale na samą lekcję geografii.
                   - Przecież to za godzinę. – mówię sarkazmem.
                   - A ty czemu nie w szkole?
                   - No właśnie, jest taki problem, wiesz bo ja…
                   - Podwieźć cię do domu po plecak? – pyta mnie zupełnie bezinteresownie, zupełnie jakby się mną nie interesował, jakbym była mu obojętna.
                   - Skąd wiesz?
                   - Nie masz go przy sobie, a za pięć minut zaczynasz pierwszą lekcję.
                   - O do licha! Błagam cię! – śmieje się szyderczo.
Wychodzi z domu otwierając drzwiczki swojego srebrnego jeepa.
                   - Śmiało. Wchodź. – uśmiechnął się.
Byłam zdezorientowana. Najpierw odzywa się do mnie obojętnie, później jest bardzo miły. Nie rozumiem go.
                   - Mogę o coś spytać? – pytam ostrożnie. Wszedł do auta.
                   - Pewnie, o co tylko chcesz Lav.
                   - Jak ci na imię?
                   - Heath. Miło mi cię poznać Lavende. Oj nie, przepraszam Lav. Nie lubisz jak się zwracają do ciebie pełnym imieniem.
                   - Skąd ty tyle o mnie wiesz? Albo, ruszajmy już. Na pewno się spóźnię.
                   - Mam zatrzymać czas?
Taa, kompletny dziwoląg, ale jaki ładny. Jego włosy sterczały w różnych kierunkach, oczy miał wyspane. Ubrany w czarną obcisłą koszulkę i w czarne obcisłe spodnie.
                 - A umiesz? – pytam promiennie.
                 - Co tylko chcesz Lav. – bez odpowiedzi, wszystko stanęło w bezruchu. Spokojnie przejeżdżał ulicami, nie dbając czy jedzie zgodnie ze znakami.
               - Dziękuję . Jestem ci wdzięczna.
               - Daj spokój. No to jesteśmy.
               - Już?
               - Tak. To do zobaczenia. Powiedz sobie w myślach, kiedy mam go uruchomić. Pamiętaj, w piątek Arg Mentor, klub, porywam cię. – uśmiechnął się szelmancko a ja wysiadłam z jego samochodu. Chwilę później zniknął za rogiem.
               - Pa. – odszepnęłam do siebie samej.
               Weszłam do swojego pokoju zastając tam moją mamę. Płakała, miała bardzo spuchnięte oczy, niemal tak jak ja gdy jestem po wizji. W dłoni trzymała moje zdjęcie, zrobione na wspólnym, rodzinnym pikniku w Phoenix. Był na nim też tata, to Gave… On coś zrobił.
Ciekawe czy Heath może …
Heath?
Tak?
Czy ,,uruchomisz też moją mamę?
Yyy, mam ją uruchomić? Bez urazy, ale twoja mama nie jest komputerem, czy czasem…
Proszę cię. Ona ma problem, i to przez swojego chłopaka.
W porządku.
Czemu my w ogóle rozmawiamy w myślach?
Haha, Lav. To nie czytanie w myślach, to po prostu rozmowa. Tyle, że inną formą komunikacji. Żegnaj. Muszę już iść.
Musisz iść spać?
Nie, muszę iść komuś pomóc.
Rozumiem, mi już pomogłeś. Dzięki.
Nie odpowiedział.
Jaki rodzaj komunikacji miał na myśli? To wszystko jest nie logiczne, nienormalne. Moja matka się poruszyła. Spojrzała mi w oczy i wybuchnęła ponownie szlochem.
                      - Reachel, co się stało? – nie zauważyłam, że powiedziałam do niej po imieniu.
                      - Lavende, ja, ja, przepraszam. Przepraszam, że cię skrzywdziłam, tak bardzo chciałam, żebyś znowu miała ojca. Gave, rozstaliśmy się. Mu nie chodziło o ciebie, ani o mnie, tylko o pieniądze. Zaciągnął na nas kredyt. Nie mamy pieniędzy! Lav, przebacz mi, proszę… - cały czas miała mokre policzki, z resztą tak jak ja. Widok mojej mamy, która płacze, kiedyś pewnie by mnie nie poruszył. Jednak mówiąc te słowa, sprawiła, że coś we mnie pękło, jakiś kamień. Ciężki, trudny to rozbicia głaz. Skorupa, mur. Ona go zniszczyła, sprawiła, że to coś się połamało, zniknęło. Stała się na nowo moją matką, mamą Reachel, która mnie kocha, i pragnie, która mnie nigdy nie zostawi, nie porzuci, nie powie: Nie, kiedy czegoś potrzebuję, nie odtrąci, nie znienawidzi…
                   Weszłam w jej ramiona. Pocałowałam ją delikatnie w czoło i wyszeptałam:
                    - Brakowało mi ciebie mamo. Naprawdę cię potrzebowałam.
                    - Wiem skarbie, przepraszam.
                    - Nie mamo, to ja cię przepraszam. Nie pomogłam ci się od niego oderwać, po prostu cię zostawiłam. Nie uratowałam cię przed tym draniem.
Znów uniosła wzrok. Uśmiechnęła się i powiedziała słowa, które zawsze będę pamiętać, słowa, które tak dużo zmieniły w stosunku do naszych spraw… Tylko dwa wyrazy.
                     - Kocham cię.
Nie wiedziałam, czy dam się jeszcze bardziej skruszyć. Chyba jednak tak, bo właśnie płakałam jak nienormalna. Gorzej niż, noworodek, który dopiero przyszedł na świat, gorzej niż matka jak utraciła dziecko… Płakałam jak matka, która je odzyskała. Cieszyła się, że jest z powrotem, cierpiała za jego cierpienie, kiedy go nie było.
                    - Ja też mamusiu. Ja ciebie też. – zapewniłam ją stanowczo. Teraz nie było namysłu o jakimś błahostkowym teście z geografii, tylko o tej chwili, chwili kiedy moja mama powiedziała mi, że mnie kocha…
Zerwała się jak wryta, wstając z łóżka.
                    - Jak ty tu? Przecież, jak przyszłam ciebie tu nie było. Chyba, prawda?
Zaśmiałam się, przypominając sobie moją dawną Reachel. Tak to ona – pomyślałam.
                    - Byłam tylko mnie nie zauważyłaś. Muszę już lecieć do szkoły, tylko zabiorę plecak.
                    - Dzisiaj masz klasówkę, tak?
                    - Tak. Skąd wiesz? – spytałam zdziwiona.
                    - Masz napisane na tablicy. Tej białej…- wyjaśniła. Spojrzałam w kierunku tabliczki.
TEST Z GEOGRAFII! NIE ZAPOMNIJ.
                                                                          L.
Nie przypominam sobie, żebym coś takiego napisała, z resztą nie miałam kiedy… I jeszcze ten podpis: L. Lavende? Pasowało by ale po co miałabym się podpisywać u siebie w domu, w własnym pokoju, na własnej tablicy.
Pasuje jeszcze jedno imię.
Chłopak.
Ze wspomnień.
Loren. 


Podobało się? Pisać w komentarzach ;p. 

środa, 1 sierpnia 2012

IV Rozdział.


Argie była moją najlepszą przyjaciółką, dlatego chciałam jej opowiedzieć wszystko, co do chłopaka, którego poznałam, co do Davida, który okazał się gejem, ale dobrze wiedziałam, że wszystkiego nie mogę jej zdradzić.
                         - Czekaj, uspokój się. – przytuliła mnie do siebie, próbując załagodzić mój płacz. Czekała tak póki nie przestałam.
                         - Ja, ja was zabijałam. To było straszne. Bardzo straszne… Zupełnie jakbym stała się kimś innym. Byłam cała czarna! Włosy, paznokcie, oczy, strój, wszystko! – znów zaczęłam chlipać. – Każdego z was podnosiłam za gardła i mówiłam: Giń potworze. Ale później obraz się zmienił i na moim miejscu była Maggie. Miała czarne skrzydła! Skrzydła rozumiesz?! – podniosłam głos. Argie wpatrywała się we mnie z niedowierzaniem. – Ale tam był jeszcze ten chłopak, z korytarza. I ja byłam z nim, to było bardzo wyraźne. Gdy Maggie rozszarpała mnie swoim skrzydłem, on wziął mnie za rękę i razem skoczyliśmy do wodospadu. Bo tak w ogóle znajdowaliśmy się na jakiejś wyspie, no może na plaży, obok był właśnie ten wodospad, i my biegliśmy na górę, żeby skoczyć. Popełniliśmy samobójstwo. Obie te wizje dotyczyły śmierci. Ja nie wiem co to oznacza. Nigdy nie były tak potworne. I co o tym myślisz?
                        - Łoo, no to teraz mnie zszokowałaś. Ale twoje wizje mogą ulec zmianie, no nie?
                         - Pewnie, bo wizja to przyszłość, a tak jak ona może się zmienić.
                         - Dziwi mnie ten chłopak, rozmawialiście ze sobą tylko raz a już pojawia się w wizjach jako twój chłopak. – podkreśliła przed ostatnie słowo.
Zmieszałam się. Nie mogłam jej już dłużej okłamywać. Lecz zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, ona już wiedziała, że coś ukrywam.
                        - Oho, dobra to o czym jeszcze nie wiem?
                        - On znalazł mnie jak byłam po wizji. – wyjąkałam ze wstydem.
                         - Osz kurczę! I jak? Jaki jest? Miły, fajny, czy jaki? – dopytywała mnie z entuzjazmem.
                         - Hmm, jest ok., ale przy nim czuję się tak dziwnie, tak niby bezpiecznie ale i boję się go.
                         - No to nieciekawie. – przyznała. Taa, co ty nie powiesz.
                         - Taa, wiem. – powiedziałam tylko. Co jeszcze powinna wiedzieć? – Zaniósł mnie na ramionach do swojego domu… - powiedziałam cicho.
Argie zapisnęła z podniecenia. Kurcze, ona cieszyła się bardziej ode mnie. Spojrzałam na nią tak aby przestała.
                        - Oj no daj spokój! Widziałaś jakie to ciacho! – powiedziała nadal z promienną buzią.
                        - W sumie to jeszcze mu się nie przyglądałam. – wyszeptałam.
                         - A powinnaś. Może ta wizja miała na myśli to, że jeśli go poznasz to albo zabiją nas albo wy zabijecie siebie.
                          - Niezupełnie. – myślę, przypominając sobie prawdziwą wersję zdarzeń. – My spadaliśmy, ale zaczęliśmy płonąć. Przeistaczać się w coś złego.
                          - To może znaczyć, że to coś złego zbliża się do nas. Nie tylko do ciebie, skoro my też możemy zginąć. Ale tak w szczególe kogo masz na myśli mówiąc wy?
                           - Ty, Vee, David, Loren, nawiasem mówiąc to chyba ten chłopak ze szkoły, ale dzisiaj mi zaprzeczył i Maggie.
                           - O kurczaczki. – zaklęła. – A może ona cię przed nim ostrzega? No zobacz, w jednej i w drugiej jest on. Może musisz na niego uważać, co? Wiesz nie chcę ci go odbijać ani nic z tych rzeczy ale powinnaś trzymać się od niego z daleka…
                           - Argie! – przerwałam jej panikę. – Po pierwsze: Wcale nie musisz mi go odbijać bo nie ma od czego. – uśmiechnęłam się do przyjaciółki. – Po drugie: Wiem, że muszę się od niego trzymać z daleka, i właśnie to robię, prawie uciekając z jego domu. Po trzecie: Uspokój się, bo jak panikujesz jesteś strasznie denerwująca. – zaśmiałam się. Argie w jednej chwili chwyta poduszkę i z całej siły wali ją po mojej ręce.
                        - Co ty nie powiesz! – krzyczy ze śmiechem.
Przez parę minut walczymy na poduszki. Kiedy w końcu słyszymy kroki po schodach do naszego pokoju, Argie kładzie się pod kołdrę, a ja chowam się w szafie.
                         - Co to za hałas Argie! – wrzasnął jej tata. Oby nas nie przyłapał. Jest bardzo wybuchowy.
                         - Co? Tato o czym ty mówisz?! – powiedziała z zdziwieniem.
                         - Spałaś? – pyta zdumiony. Rozejrzał się po pokoju i podchodzi do szafy. Żołądek podskoczył mi do góry, a ja pisnęłam. – Co  to było? Słyszałaś?
                         - Nie, i myślę, że powinieneś dać mi spać. Jutro mamy wstępny test z geografii. Chyba nie będziesz zadowolony jak przyniosę ci pałę, co?
 Ojca wyraźnie zszokowały słowa jego córki ale zaraz odpowiedział:
                         - W porządku. Śpij dobrze. Kocham cię. – mówi i wychodzi z pokoju. Głośno odchrząknęłam.
                         - Nieładnie panno Duchnat, nie ładnie. Okłamywać rodziców? – powiedziałam otwierając szafę. Przyjaciółka spojrzała na mnie pretensjonalnie.
                         - A dajcie mi wy wszyscy spokój. – skulona zaczyna płakać. Czy byłam tak bardzo zajęta swoimi sprawami, że nie zauważyłam, że Argie też ma problemy?
                          - Hej, co jest? – spytałam, przytulając ją do siebie.
                          - Teddy mnie kompletnie olewa. Cały czas stoi wpatrzony w tą wydrę!
                          - Kochanie, to głupek. Zostaw go… Nie jest ciebie wart, wiesz? Jesteś piękna, niepowtarzalna, prawdziwa, mądra, kochana i w ogóle kocham cię. Kocha cię też Vee, David, twoi rodzice. Zobacz jak wielkie masz wsparcie. Nie potrzebny ci jakiś tam chłopak, który wystarczy, że zobaczy głupią blondynkę idzie za nią.
                          - Naprawdę tak sądzisz? – spytała podnosząc głowę zza kolan. Kocham ją kiedy płacze, z resztą zawsze ją kocham. Zaśmiałam się w duchu.
                           - Pewnie, Teddy to najzwyklejszy drań.
                          - Nie o tym mówię. – wyjaśnia po chwili.
                          - A o czym?
                          - O tym, że jestem piękna i tak dalej?
                          - No pewnie, że tak. Masz to jak w banku. Zobaczysz znajdziesz jeszcze chłopaka wartego ciebie, wystarczy uwierzyć w to, Argie. A teraz chodźmy spać. Rano czeka nas trudny dzień. – powiedziałam całując ją w czoło.
                         - I trudny egzamin z geografii. – przypomina mi.
                         - Właśnie, zupełnie zapomniałam o tym potwornym teście. Jak myślisz skorzystać ze swych mocy? – uśmiecham się szyderczo.
                         - Czy dwie wizje w jeden dzień to nie za dużo?
                         - Jasne, że nie. Dla mnie? No coś ty… - śmieję się ale zaraz skupiam nad wszystkim co dotyczy testu.
WTOREK, 2 WRZEŚNIA 2006 ROK, GEOGRAFIA, KLASA II LICEUM, SZKOŁA PONADGIMNAZJALNA W DALLAS NR. 88.
Wkrótce wytężam oczy i widzę wszystkie zadania, są na podstawie odpowiedzi a, b, c, d. Po kolei : a c b a c b c.    Śmieję się w duchu i powoli usuwam się z wizji.
                        - Haha. – wybucham śmiechem i kładę się obok przyjaciółki. – Kochana masz kartkę? Trzeba zrobić ściągę dla ciebie.
                        - A co z tobą?
                        - Zapomniałaś, że mogę w każdej chwili zobaczyć wyniki? – uśmiecham się promiennie i po raz kolejny dzisiaj ziewam.
Po godzinie, czyli po napisaniu ściągi, po pogawędce, wreszcie zasypiamy.