piątek, 25 października 2013

Rozdział 36

Zamurowana wpatrywałam się w przeraźliwie bladą twarz Eleny. Lodowata piękność, trzymała w dłoni długi nóż plemienia Diemonts. Miałam wrażenie, że wbija we mnie jego ostrze. Czekałam aż coś powie. Czekałam na zbawienie z ciszy, która mną zawładnęła.

- Powinnaś się bać. - powiedziała Elena.

Pokiwałam szybko głową.

- Mogę cię w każdej chwili zabić.

Przełknęłam głośno ślinę. Nie miałam odwagi spuścić z niej wzroku. Elena była niczym psychiczny ból. Nie krzywdzi mnie bezpośrednio, robi to samym istnieniem.

Boję się jej.

Wiem, że może mnie zabić.

- Haha. Uwielbiam kiedy ludzie to robią. - wybuchnęła gromkim smiechem. Dziewczyna opuściła nóż i schowała go w kieszeń płaszcza, który miała założony na czarną tunikę. Wyglądała jak śmierć. Śmierć o rudych włosach.

- Ale co? - spytałam Elenę nieco idiotycznym głosem.

- Kiedy patrzą się na mnie i są przekonani, że zaraz ich zabiję. Lubię zabijać. - syknęła nieco przybliżając się do mojego ucha. Na plecach pojawiła się gęsia skórka.

Opuściłam głowę.



O nie.

Stoję w samym staniku i majtkach. I to w lesie.

- Spokojnie. Pojedziesz teraz do naszej siedziby i tam się przebierzesz. - powiedziała i ruszyła do przodu.

- Naszej? Siedziby? - spytałam zagubiona idąc po liściach. Moje stopy były strasznie poranione.



- Siedziby Rady.

Oniemiałam.



- Do czego?

- Rady Diemontów.

***

Dziewczyna o imieniu Cher zaczęła ją denerwować. Zadawała pytania, poruszała się strasznie wolno, w dodatku była kimś na kim powinna się wzorować.

Szła przed siebie - Elena, agentka S.R. Zdeterminowana, odważna, sadystyczna, pesymistyczna - niemal zapomniała o swojej dobrej stronie. Czy w ogóle jeszcze ją miała? Po akcji z zabiciem kilkuset diemontów, miała spore wątpliwości co do swojej jasnej strony.



- Gdzie jest ta Siedziba? - znów pytanie zielonookiej.

Elena westchnęła z irytacją.

- Nie mogę udzielić ci takiej informacji.

Dziewczyna nie odpowiedziała. Przez następne piętnaście minut podążała za nią bez słowa.

Wreszcie ujrzała drogę. Elena odwróciła się do swojej towarzyszki i zaczęła mówić:

- To co teraz zobaczysz musisz zatrzymać dla siebie. To nasza tajemnica. Nie obchodzi mnie, że masz jakiekolwiek pytania. Masz się nie odzywać, jeśli złamiesz jakiekolwiek moje słowo ten nóż wyląduje w twoim sercu. - Cher patrzyła na nią osłupiała. Tak, zrozumiała jej słowa. Agentka przykucnęła na ziemii i zaczęła odgarniać liście. Był drugi październik a San Francisco wyglądało niczym żółto - pomarańczowa plamka. Obrzydliwe kolory. Zbyt wesołe.

Kiedy poczuła pod grubą warstwą liści, twarde podłoże powiedziała:

- Zamknij oczy.

Zielonooka posłuchała.

Po pięciu minutach były już pod ziemią.

***



Szłam korytarzem, chyba. Wciąż miałam zamknięte oczy a pytania nie wchodziły w grę. Elena prowadziła mnie za rękę. Nagle się odezwała a na mojej skórze pojawiła się gęsia skórka.



- Zaprowadzę cię do pokoju, gdzie czekają na ciebie ubrania. Przebierzesz się a potem masz spotkanie z przewodniczącym Rady.

Milczałam.

- Możesz już coś powiedzieć. Spokojnie, nie zabiłabym cię w siedzibie Rady. - szepnęła. Otworzyłam oczy i zobaczyłam długi, oświetlony lampami korytarz. Z sufitu skapywała woda a podłoże wyglądało jak błoto.

- To ma być siedziba Rady? - spytałam ironicznie.

Elena obrzuciła mnie lodowatym spojrzeniem.

- Może jednak się zamknij.

- Zanim to zrobię mam jedno pytanie.

- Szybko. - rozkazała.

- Czemu chciałaś pozostać tak anonimowa? - zapytałam próbując spojrzeć Elenie prosto w oczy. Agentka nie odwzajemniła spojrzenia.

- Powiedzmy, że mam zakaz wchodzenia do Białego Domu. - odpowiedziała zatrzymując się.

Obok nas stały drzwi, dziewczyna je otworzyła i nakazała:

- Tu masz drzwi, wejdź i się przebierz. Tutaj na ciebie czekam.

Posłusznie weszłam do pomieszczenia.
 
Tak mniej więcej wyobraziłam sobie  drogę którą podążały Elena i Cher.



Wiem, że ten rozdział był nudny i krótki ale ostatnio nie mam czasu nawet na porozmawianie z moją jedyną przyjaciółką, Marleną, która znaczy dla mnie  naprawdę dużo. Ona także prowadzi bloga ( wkrótce nowego), jest genialna, to co pisze jest tak wciągające, że momentalnie znajdujesz się w innym świecie   http://jestem-potworem.blogspot.com/    oto link. Naprawdę zapraszam i jeszcze raz przepraszam za moje zanudzanie... Hmm czy w ogóle jeszcze chcecie czytać tego bloga?


niedziela, 6 października 2013

Koniec rozdziału 35

To niemożliwe - pomyślałam. Przecież Alex opowiadała mi o niej, rozmawiałam nawet z Christianem. Nie mogę uwierzyć, że mnie okłamali.

- Kłamiesz. - odważyłam się powiedzieć.

Camilla spojrzała na mnie spode łba i syknęła zdenerwowana.

- Doskonale wiem, że księga istnieje.

Kobieta podeszła do mnie na tyle blisko, że mogłam usłyszeć jej szept.



- Gdzie jest?

Prychnęłam.

- Myślisz, że ci powiem? Co jak co ale upartość odziedziczyłam po matce. Po za tym, skoro i tak wyrządzicie mi krzywdę, nie możecie mi niczym zagrozić.

- Możemy.



- Czym?

- Śmiercią.

- Oj wiesz. Sama na nią czekam. Uwierz. - uśmiechnęłam się.

- Nie taką Śmiercią. - powiedziała wycofując się do tyłu. W tym samym czasie coś przebiegnęło za oknem archiwum.

To coś miało dość długie rude włosy i było kobietą. Wydawało mi się lub nie ale w dłoni trzymała nóż.

Camilla zauważyła, że wpatruję się na okno za jej plecami i momentalnie się odwróciła. Musiałam coś zrobić, żeby demonica przez nie, nie wyjrzała. Rudowłosa dziewczyna być może mogłaby mi pomóc.

- Jaką Śmierć miałaś na myśli? - zagadnęłam. Kobieta zapomniała o badaniu sprawy za oknem i ponownie do mnie podeszła.

- Katherina Halley. Twoja ciotka jest głównym demonem, stwórcą plemienia Diemonts. Teraz co prawda nie ujawnia się pod swoim ciałem bo sprzedała je nam. Każdy z nas ma część jej duszy lub ciała. Ona ... rozczłonkowywała się podczas czarnej mszy. Kiedy traci się siebie - stajemy się śmiercią. Ona już nią jest.

Zbladłam.



- Nic z tego nie rozumiem.

- I nie zrozumiesz. Wszelkie odpowiedzi zawarte były w Księdze Diemonts. A ona została spalona. Chociaż ty twierdzisz inaczej.

- Księga mogłaby odpowiedzieć na wszystkie moje pytania?

Nie odpowiedziała. Miałam już ponownie zadać pytanie lecz coś mnie powstrzymało.

Camilla otworzyła usta w niemym jęku. Kolana jej się lekko ugięły a głowa bezwładnie opadła. Nieświadoma co się dzieje szepnęłam:



- Camillo?

- Jestem Elena. Musimy się spieszyć.

Przerażona głosem niewidzialnej postaci, szarpnęłam swoim ciałem. Ktoś mnie uwolnił. Moje ręce nie były już sklejone taśmą a nogi przywiązane sznurem. Zerwałam się z łóżka i stanęłam za wpół stojącą Camillią. W jej plecach sterczał nóż a z rany skapywała krew. Zakryłam usta by nie zwymiotować. Ktoś ją zabił, wbił jej nóż, ostrzem skierowanym w serce.

- Och przestań. To niewinna zabawa. - znów ten głos. Poważny, kobiecy ton.

- Kim jesteś?

- Nie chcesz wiedzieć. Ja będę ci mówić co masz robić a ty szybko to wykonujesz, jasne? - zapytała stanowczo.

- Uratowałaś mnie. Będę posłuszna.

- Podejdź do niej. - natychmiast to zrobiłam. - Złap ją wokół talii. - Wyciągnęłam przed siebie ręce i objęłam nieżywą Camillię. - Wyjmij nóż.

- Co? - wydusiłam spanikowana.

- Nie bądź mięczakiem. Po prostu go wyjmij. - powiedziała zniecierpliwiona.

Wyciągnęłam z objęć jedną rękę i chwyciłam nóż. Ostrożnie go wyciąnęłam. Na brzuch wylała mi się spora ilość krwii.



- Jezu.

- On cię nie uratuje.

- Co teraz? - spytałam cicho.

- Połóż ją na łóżku.

Wypełniłam rozkaz nieznajomej.

- Podejdź do okna i wsadź nóż w tą szparę.

Naga zrobiłam kilka kroków w przód i przyjrzałam się staremu oknu. Między szybą a ramą była niewielka szparka. Ostrze idealnie się w niej mieściło.

- Jedź nim do góry.

Moja dłoń powędrowała ku sufitowi.

- Teraz na dół.

Zrobiłam to i czekałam na dalsze polecenia. Krępujące było stać nago przy samym oknie.

- Otwórz okno. - nakazała. Zrobiłam dziwną minę. Po co wkładałam tam ten cholerny nóż skoro okno jest na tyle stare, że mogłoby się otworzyć bez problemu?



Położyłam ostre narzędzie na obok stojącym biurku i złapałam za ramę okna. Lekko ją pociągnęłam. Okno ustąpiło. Poczułam chłód a na moim ciele pojawiła się gęsia skórka.

- Wychodź. Nie mamy czasu. - nakazała niewidzialna Elena.

- Może wreszcie mi się pokażesz?

- Rób co ci każę.

- Mam to wziąć? - spytałam mając na myśli nóż.

- Tak.

- Jasna cholera jak zimno. - szepnęłam gdy stałam bosymi stopami na jesiennych liściach.

- Gdzie mam iść? - zapytałam drżącym głosem.

- Do miasta. Musimy się oddalić od tego diabelnego budynku. Chociaż przyznaję, że z chęcią bym w nim została.

Parsknęłam śmiechem i nie czekając na ducha pobiegłam do przodu. Być może poraniłam sobie stopy. Co z tego? Przed chwilą miałam być zgwałcona, małe rany to nic w porównaniu z tym co miało mnie spotkać. Dziękowałam Elenie, chciałam jej to powiedzieć wprost ale.. hmm bałam się jej. Była groźna, stanowcza i cóż... odważna. Pasuje do tego lasu, jest mroczna tak jak i on.

Byłam w dość dużym szoku. Tiffany próbował mnie poświęcić na czarnej mszy, ile czasu minie zanim zorientuje się, że Camillia nie żyje? Może właśnie biegnie w moją stronę? Usłyszałam szelest liści. Ktoś złapał mnie za rękę. Ryknęłam w niebogłosy i zamachnęłam się łokciem w tył jednocześnie odwracając się do ...

Eleny.

Oto stała przede mną średniego wzrostu dziewczyna o rudych, sięgających do ramion włosach. Ubrana była w czarne, obcisłe spodnie i tego samego koloru tunikę. Jej oczy... ah były hipnotyzujące, straszne, intrygujące. Mroczna postać aczkolwiek przyjemna trzymała mój łokieć na wysokości swojej twarzy. Nie uraziłam jej. Była szybsza.

- Elena? - zapytałam nieśmiało.

- Tak. Elena River.

- Kim jesteś?

Kobieta uśmiechnęła się drwiąco i wyciągneła z tuniki nóż. Na jego ostrzu wyrysowany był ten sam znak co tatuaż Miriam.

- Jesteś...

- Diemontem.





Wybaczcie że tak długo nie pojawiał się kolejny rozdział ale... no cóż brak czasu, weny itd.
W tym rozdziale pojawiła się tajemnicza postać o imieniu Elena. Znam ją w rzeczywistości i musicie wiedzieć, że jest to najwspanialsza osoba na tej ziemi. Inna niż wszyscy, inna niż ja - moja bratnia dusza.
Ona także pisze bloga, którego kocham czytać. Jestem jej fanką, jej styl pisania powala mnie na łopatki.
Oto link na bloga, jeżeli macie odwagę otworzyć wrota do innego , ,, SZTYELTNICOWEGO" świata to zapraszam:
http://jestem-potworem.blogspot.com/

Marleno musisz wiedzieć, że nie wyobrażam sobie dnia bez pisania z tobą. I zawsze będę z tobą.


Pozdrawiam innych czytelników i zostawcie po sobie komentarz!! :)


Nie wiem czemu ale właśnie tak sobie ciebie wyobraziłam pisząc ten rozdział...

piątek, 20 września 2013

Fragment rozdziału 35

- Christian Figher? - zapytałam dzwoniąc następnego ranka pod numer, który podała mi Alex.

Po paru sekundach głos w słuchawce odpowiedział:

- Tak, zgadza się. Z kim rozmawiam?



- Mówi Cher Livery.

Mężczyzna zamarł. Nie odzywał się przez dwie minuty. Wreszcie spytałam czy nadal siedzi po drugiej stronie.

- Jestem. - wyjąkął. - Na pewno mam doczynienia z Cher...?

- Tak, jestem córką Rose Luvery - pół demonem.

- Czemu do mnie dzwonisz? - przeszedł na ty.

- Interesuje mnie księga Diemontów. Poleciła mi ją Alex. Pańska znajoma jak sądzę. - powiedziałam.

- Tak, zgadza się. Moja księgarnia jest na drugim końcu San Francisco. Musisz iść przez cały Golden Gate i kierować się w kierunku lasu. Kiedy zobaczysz starą fabrykę, zapukał trzy razy do drzwi. Nikomu nie mów gdzie idziesz.


- Rozumiem. Do której mam czas?
- Bądź o ósmej wieczorem.

- Dziękuję.

- Nie ma za co. -burknął.



- Jeszcze jedno.

- Tak?

- Nie pozwoliłam panu mówić do mnie na ,,ty".

Christian przerwał połączenie.

Mam cztery godziny do wizyty w księgarni. Co teraz powinnam robić? Może spotkać się z Jeydonem? W końcu jesteśmy razem. Jeszcze.

Wstałam z fotela i otworzyłam lodówkę. Dzisiaj rano byłam w sklepie ,,Ossy". Kupiłam trochę rzeczy do jedzenia więc nie musiałam iść do restauracji. Na spokojnie usmażyłam sobie omleta - zajęło mi to może dwadzieścia minut, zrobiłam herbaty i włączyłam telewizor.


UWAGA! ZAGROŻENIE!

W San Francisco grasuje ostatni potomek Lucyfera. Jeszcze nie ustaliliśmy gdzie on przebywa, wszystkich obywateli prosimy o ostrożność!
Głosił komunikat w programie informacyjnym TV NEWS. Westchnęłam i z trudem przełknęłam omleta. Był jeszcze gorący. Przełączyłam kanał BEST MOVIES na, którym leciał film pod tytułem Inni. Matka z dwójką dzieci zamieszkująca dużą willę. Pracuje w niej sprzątaczka i ogrodnik. Oby dwoje okazują się być duchami, z resztą tak jak matka dzieci, które zabiła gdy były małe. No cóż, fabuła niezła. Wbiła mnie w fotel aż na półtorej godziny. Przestraszona uświadomiłam sobie, że zostało mi tylko dwie i pół godziny. Wyłączyłam telewizor i pozmywałam po obiedzie. Gdy wymyłam wszystkie naczynia, naszykowałam ciuchy, które założę. Po dziesięciu minutach byłam już pod prysznicem. Obmyłam lekko swoje ciało - poczułam się odrobinę lepiej.

Była osiemansta trzydzieści gdy wyszłam z hotelu. Nie zaminiłam słowa z Jayem czy Madison a przecież powinnam. Wyjęłam komórkę z kieszeni dżinsów i wysłałam esemesa do obojga z nich:


Jadę do Christiana. Będę w nocy. Nie czekajcie na mnie.
Odetchnęłam i przyspieszyłam kroku. Na ulicy Halley panoszyło się pełno nieciekawych typków. Niektórzy z nich pili piwo, inni zaczepiali młode dziewczyny. Bardzo przestraszona zaczęłam biec - fatalny pomysł na bycie niezauważalną.

- Hej, mała! - krzyknął jakiś.

Nie zaaragowałam. Biegłam dalej. Przestałam gdy zobaczyłam, że stoi przede mną Tom Tiffany.

-Gdzie się tak spieszysz, Luvery? - zapytał swoim cwaniackim głosikiem.

Zmierzyłam go badawczo wzrokiem.

- Czego chcesz? - burknęłam spuszczając głowę.

- Myślę, że mogłabyś się nam przydać. Pół demon stworzony z pół demona i demona mógłby być jeszcze silniejszy niż demon i człowiek, prawda? - spytał odsłaniając swoje żółte zęby.

Obruszona jego słowami wycofałam się parę kroków.

- Nie wiem o czym mówisz. - rzekłam zdenerowanym tonem. Nie daj po sobie poznać, że się boisz! - nakazał mi mój mózg.

- Inni nie muszą się dowiedzieć, że to zrobiliśmy. Mam na myśli wszystkich diemontów oprócz mnie, Halleya i Camilli.

- Chcesz urządzić czarną mszę? Chcesz... chcesz mnie na niej poświęcić? - zadałam pytanie cofając się szybciej.

- Niczego nie pragnę bardziej. - rzucił i uderzył mnie w twarz. Upadłam na chodnik. Po chwili poczułam metaliczny zapach krwii. Spojrzałam na swoje dłonie - były pokrwawione. Pode mną została rozbita butelka a część szkła wbiła mi się w ręce i brzuch. Zaczęłam się dławić i jęczeć. Nie miałam siły by cokolwiek wykrzyczeć. Jeśli śmierć miała nadejść teraz, zgodzę się.



***

Otworzyłam oczy i zobaczyłam znane mi pomieszczenie. Dość duży pokój, wielki stół, szafa. Za oknem ciemny las. Jestem w archiwum. Jestem w Białym Domu. Spanikowana obejrzałam się wokół i zobaczyłam, że nikogo ze mną nie ma. Moje ręce są opatrzone i przyklejone taśmą klejącą do drewnianego łóżka. Nogi przywiązane sznurami do jego ram. Ubrana byłam tylko w stanik i majtki. Zaczęłam wrzeszczeć.



- Pomocy!

Niemal po sekundzie ktoś wszedł do pomieszczenia.

- Nie drzyj się tak. - rozkazał kobiecy głos. To pewnie Camillia Ping - koleżanka Billiego, wspólniczka Tiffanego.

- Po co to robicie? Co wam da kolejna ofiara? - pytałam załamana.

- O wiele więcej niż myślisz.

- Podaj przykład.

- Pół demony są silniejsze od nas. Czy nie lepiej zawładnąć światem mając u boku takich jak ty? Rose, twoja matka byłaby z ciebie dumna.

- Postanowiła być taka jak wy. Choć nieświadomie. Mam rację? Pozwoliła by nienawiść do mnie nią zawładnęła?

- Owszem. Tak sądzimy, jednakże nie mamy pewności. - powiedziała. Wreszcie stanęła przed łóżkiem. Ubrana w długą czarną suknię, umalowana bardzo wyraźnie. Wyglądała jak upiór.

- Jakoś nie czuję się silniejsza od ciebie. Raczej jestem bezsilna.

- Jeszcze nie poznałaś swoich możliwości. - odpowiedziała, uśmiechając się.

- Odpowiesz na moje pytania zanim to zrobicie? - zapytałam bezsilna.

- Dwa pytania. Nie więcej.

- Dlaczego jestem pół demonem? Jak to się stało?

Camillia zaśmiała się histerycznie.

- Chcieliśmy zrobić eksperytment. Mając w historii 665 demonów czuliśmy ogromną więź między nami a Lucyferem. Było nam jednak jeszcze mało. Wyczytaliśmy w księdze plemienia Diemonts, że pół demony są silniejsze od demonów - przemieniają się niekontrolowanie, nie panują nad sobą, potrafią zrobić z człowiekiem rzeczy, które dla demonów są niemożliwe - nie tylko ich opętać ale rozedrzeć ich ciało od środka. 11 października 1993 roku postanowiliśmy, że spróbujemy poprosić Lucyfera o zesłannika wprost z Piekieł - właśnie ciebie. I jesteś. Teraz będziemy tworzyć pół demonów jeszcze więcej.

- Księga Plemienia Diemonts? - próbowałam ukryć strach. Wszystko już się wyjaśniło.

- Już nie istnieje. Została zniszczona przez Andrewa Billsa.



- Kiedy?

- W 1990 roku.


Rozdział 34

Leżeliśmy obok siebie w jego pokoju. Nie rozmawialiśmy, po prostu patrzyliśmy sobie w oczy. Parę razy wybuchaliśmy śmiechem, czasem milczeliśmy. Tak jakby słowa wcale nie były nam potrzebne. Zdałam sobie sprawę, że słowa, które mu powiedziałam wcale nie były kłamstwem. Kochałam Jeydona. Nawet wtedy gdy osądzał mnie o bycie jednym z diemontów. Oczywiście się nie mylił. Rozsądnym rozwiązaniem byłoby wyprowadzić z hotelu i znaleźć mieszkanie z dala od Jaya i Madison. Usunąć się z ich życia, skłamać Jeydona, że nic do niego nie czuję. Ale jak mogę to zrobić kiedy on tak patrzy mi w oczy? Gdy trzyma moją dłoń i po prostu się uśmiecha. Nie odejdę od niego. Nie pozwolę by demon, którego dostałam od Jacka Halleya mną zawładnął. Bym była taka jak moja matka.

Nigdy nawet nie zastanawiałam się jak to się dzieje iż dzieci powstałe z czarnej mszy stają się demonami. Gdy poznałam prawdziwe oblicze mojej matki, już wiedziałam jaka jest prawda. Każdy z plemienia Diemonts został opętany przez złego ducha, który rozczłonkował się z demona Katheriny Halley. Kiedy zdobył go także Jack Halley, zgwałcił Rose przekazując jej kolejną jego część. Nosząc mnie w sobie oczywiście ja także odziedziczyłam naturę po ojcu. Tylko jak to się dzieje, że jestem pół demonem?

Może odpowiedzi na pytania zdobędę w księdze o której wspominała mi Alex? Muszę zadzwonić do tego całego Christiana. Jego numer powinnam mieć zapisane na karteczce. Gdzie ja ją podziałam?

Niespodziewanie ktoś zapukał do drzwi. Wyrwałam się z rozmyśleń i spojrzałam z niepokojem na Jaya. Chłopak ociężale wstał i poszedł je otworzyć.

- Musiscie coś zobaczyć. To przerażające. - wyjąkała zrozpaczona Madison.

Serce na chwilę przestało bić. Żołądek podszedł do gardła.

Co się stało ?

Energicznie wstałam z łóżka i podbiegłam do przyjaciół.

- O co chodzi, Mad?- zapytałam.

Dziewczyna złapała mnie za rękę i wyszeptała:

- Pamiętasz kiedy mówiłam ci, że mam przeczucie, że w twoim pokoju, że jest, że jest list samobójczy Rose?! - przez sekundę próbowałam zrozumieć to co do mnie powiedziała. Faktycznie. Parę dni przedtem Madison mnie o tym poinformowała.

- Tak. Co w związku z tym? - spytałam chociaż doskonale wiedziałam jaka jest odpowiedź na to pytanie.

- Znalazłam go.

Otworzyłam szeroko oczy i niczym torpeda wystrzeliłam z pokoju Jaya. Skierowałam się zaś do numeru 38 i jednym ruchem popchnęłam drzwi. Wszystko wyglądało tak jak zanim poszłam do Jeydona.



- Gdzie?

Madison podeszła w prawy róg pokoju do, którego nigdy nie podchodziłam. Stanęła na deskach, które pod ciężarem się ugięły. Mad spojrzała na mnie wymownie.

- No i co? - spytałam zniecierpliwiona.

Dziewczyna uklęknęła i złapała palcami za jeden z boków deseczki. Bez problemu ją uniosła a po paru sekundach drugą, leżącą obok pierwszej. Pod podłogą stała maleńka, drewniana skrzynka. Przyjaciółka ją wyjęła i mi wręczyła.

- Pozwoliłam sobie ją otworzyć. Nie gniewaj się. - powiedziała.

Pokręciłam głową i otworzyłam kuferek.

W środku leżała jedna kartka żółtego papieru.





 

Pisząc te słowa wiem, że nikt ich nie zrozumie. No może tylko jedna osoba. Shannon moja najlepsza przyjaciółka, siostra zarazem.

W noc kiedy zostałam zgwałcona przestałam cieszyć się życiem. Znienawidziłam swoją duszę i ciało - pragnęłam śmierci. Ale jeszcze przed nią musiałam wymyślić swój plan zemsty. Nie pozwolę by ci co mi to zrobili, bezkarnie robili to nadal. Zaraz po samobójstwie zabiję Jacka Halleya, skrzywdzę Toma Tiffanego i Camillie Ping. Na sam koniec zostawię swoją córkę.

Mam nadzieję, że chociaż to da mi jakiekolwiek ukojenie, że poczuję się szczęśliwsza wiedząc iż, te demony zginą. Niestety nie będę w stanie pozbyć się ich wszystkich.

Ja - Rosalie Luvery - siostra Billa Luverego powrócę z umarłych i dokonam zemsty. Poruszę niebo i piekło by osiągnąć to co teraz zaplanowałam. Nie poddam się.

Odliczam czas do śmierci.




Dwie godziny.




- Wszystko to co jest zawarte w tym liście już wiemy. Nie rozumiem czemu się tak tym przejęłaś. - powiedziałam lekko poruszona.

- Nie uważasz, że to dziwne, że kiedy mam jakieś przeczucie ono się spełnia? - zapytała zdenerwowana Madison.

Przemyślałam jej pytanie przez chwilę i zupełnie bez zastanowienia wypaliłam:

- Może odpowiedź na to zdobędziemy u tego Christiana?

Jeydon popatrzył na mnie z podejrzliwością a Madison zrobiła dziwną minę.

- Co to za koleś?

Zająknęłam się i upuściłam głowę.

- Christian Figher prowadzi księgarnię na obrzeżach San Francisco. Trzyma na zapleczu księgę plemienia Diemonts.

- Co? - wybuchnęli moi przyjaciele.

- Przepraszam, że wam o tym nie powiedziałam. Wyleciało mi to z głowy.

- To wcale cię nie tłumaczy. Kiedy pytaliśmy się ciebie czy dowiedziałaś się czegoś nowego odpowiedziałaś nie. Teraz jakoś przez przypadek o nim powiedziałaś... czyli musiałaś sobie przypomnieć. - powiedziała niespokojnie Mad.

- A ty wcale nie wspomniałaś Miriam czemu nie było mnie w pracy! Prawie mnie wylała! - sprzeciwiłam się jej.

- Słucham? Mira dobrze o tym wie, byłam ,,u Betty" i wyjaśniłam sprawę! - krzyknęła. Miałam jej coś odpowiedzieć ale nagle wtrącił się Jeydon.



- Chwila. Jaka Mira?

- Mira Loglend, rzecz jasna. Nasza szefowa. - parsknęła Madison wywiercając mi dziurę w brzuchu.

- Mira Loglend należy do Diemontów.

Poczułam ucisk w żołądku. Dowiedział się.

- Nie ogarniam. - wydukała zdekoncentrowana Madison.



- Pracujecie u demona.

- Skąd wiesz? - zapytałam udając zaskoczoną.

- Dzisiaj rano w restauracji pojawił się Merlon. Wracając od Andrewa spotkał Tiffanego. Grożąc mu, że zabije jego córkę dowiedział się, że potomek mieszka w San Francisco.

- I co dalej? - spytałyśmy z Madison.

- Powtarza się sytuacja sprzed kilkunastu lat. Potomek ma sprzymierzyńca, który tak naprawdę jest diemontem. Tym diemontem okazała się Miriam. Podobno dziecko demona zjawiło się w jej sklepie. I nie było samo. Za jego plecami stał duch Rose Luvery.

- Dała jej znak, że to 666 potomek. - dokończyła Madison.

Stałam zamurowana i dręczona wyrzutami sumienia. I znów moje plany legły w gruzach i znów mam ochotę zginąć. Nawet teraz. Czy dobrym rozwiązaniem nie byłoby się przyznać?



Nie.

- Jutro jedziemy do tego Christiana. - poinformował nas Jay. Od razu zaprotestowałam.

- Pojadę sama. - wydukałam. Obrażona Madison i zdziwiony Jeydon popatrzyli na mnie i po chwili jeden z moich przyjaciół zapytał :



- Dlaczego?

Stałam w miejscu i nie miałam pojęcia co odpowiedzieć. Nerwowo zaczęłam mówić:

- Myślę, że dobrze by było abyśmy się jutro rozdzielili. Powinniście przycisnąć Tiffanego by powiedział wam więcej a jeśli tego nie zrobi to weźmiecie namiary na innych z Diemontów a Toma się pozbycie. Ja tymczasem pojadę do tego Christiana.

- Masz racje, Cher. - powiedział Jeydon bez chwili zastanowienia.

Mad zmierzyła mnie uważnie wzrokiem. Jednak po paru sekundach i ona przyznała mi racje.

- Niech będzie.

Pokiwałam lekko głową i wyszłam na balkon. Poczułam powiew zimnego i jesiennego już powietrza. Panowała ciemna, głęboka noc. Jedynie światełka na Golden Gate nadal się paliły. Patrzyłam na tą zatokę, na ten las, zachwycałam się pięknem tego miasta. Dlaczego nie można cofnąć czasu i stać się zwykłym człowiekiem? Czemu musiałam zostać stworzona na tej mszy? Czy po śmierci trafię do piekła?

- Cześć. - burknęła Madison. Zdezorientowana odwróciłam wzrok.

-Hej. - odpowiedziałam.

- Ja naprawdę przekazałam wszystko Miriam. - wyjaśniła trochę łagodniejszym tonem. - Spojrzałam jej w oczy. Nadal widziałam w niej Rose - moją matkę, podkreślam.

- A mi strasznie głupio, że nie powiedziałam wam o tym Christianie. Miałaś racje. Pamiętałam o nim cały czas.

Pokiwała głową.

- Wiesz, mam przeczucie... - zaśmiała się. - Tak znowu. Mam przeczucie, że coś przed nami ukrywasz. Zachowujesz się inaczej niż parę dni temu.

Miałam ochotę wybuchnąć płaczem. Na moim sercu ciążył kamień wielkości kuli ziemskiej. Tak bardzo chciałabym powiedzieć o wszystkim Madison. Wiem, że nie zabiłaby mnie od razu tak jak Jeydon.

- Jest coś o czym powinniście wiedzieć. - zaczęłam ostrożnie. - Ale nie potrafię wam o tym powiedzieć.

- Nie byłoby ci łatwiej jeśli powiedziałabyś to coś tylko mi? - spytała łapiąc mnie za dłoń. W moich oczach pojawiły się łzy. Zaczęłam się dławić. I wreszcie zaczęłam łkać.

- Madison, ja ... nie mogę.

- Możesz mi ufać. Zatrzymam to tylko dla siebie ale proszę pozwól mi zrozumieć...

- Jestem... jestem diemontem. - wyjąkałam cicho. Nie liczyło się dla mnie czy przyjaciółka wyrzuci mnie przez balkon, czy wbije mi nóż w plecy. Cieszyłam się, że wreszcie to powiedziałam. Ulżyłam sobie.

- Co? - wyjąkała. Patrzyła na mnie pustym wzrokiem. Nie mogłam z niego odczytać.

- Proszę, nie mów Jayowi. Sama to zrobię ale jeszcze nie teraz. Błagam...

Spodziewałabym się wszystkiego ale nie tego co zrobiła. Rzuciła mi się w ramiona i wyszeptała:

- To nie ma znaczenia. Nie jesteś demonem.

Uśmiechnęłam się i obie zaczęłyśmy płakać. Ja ze szczęścia, że wreszcie moja przyjaciółka poznała prawdę. Madison z żalu, że niedługo już mnie tu nie będzie.
 
 
 
 
Dedykacja dla Sztyletnicy - wiem, że ty też zaakceptowałabyś mnie gdybym  okazała się być takim demonem.... Hmm polubiłabyś mnie jeszcze bardziej ;)